Rodzina? >> poniedziałek, 1 czerwca 2009 23:37:38
Kolejna zmiana. Wysiadła z samochodu i patrzyła jak w jej stronę idzie zadowolony mężczyzna. Poddała się uściskowi i przekazała mu swoje walizki. Nie ruszyła się z miejsca. Wpatrywała się w duży dom i prowadzącą do niego ścieżkę. Wiła się wśród bujnej roślinności.
Kiedy my ledwo wiązałyśmy koniec z końcem on żył w luksusie, pomyślała i powoli wstąpiła na ścieżkę. Z domu dochodziły radosne rozmowy i miłe zapachy. Z głośników płynęła sympatyczna muzyka. Tylko jedna rzecz nie pasowała do tego obrazka.
Ona. Dziewczyna z Waszyngtonu. W ciemnych okularach zasłaniających spuchnięte oczy odbijały się promienie letni ego słońca.
-Jean! Jean, proszę, wejdź do środka. – usłyszała i podniosła głowę. Na werandzie stał jej ojciec obejmują jakąś kobietę. Wystraszona machała do Jean, ale ta w ogóle nie zwróciła uwagi na ten gest uprzejmości. Oparła się o drzwi i ściągnęła okulary. Przymrużyła orzechowe oczy.
-Moja żona – Bella. Kochanie, to moja córka Jean. – uścisnęły sobie ręce. Jean nie spojrzała w oczy macochy.
-Ma Twoje oczy. – powiedziała łagodnie Bella.
-Skąd możesz wiedzieć, są zapuchnięte. – odparła dziewczyna.
-Jean, proszę. Może porozmawiamy?
-Nie mamy o czym.
We trójkę stali nieruchomo i wpatrywali się w swoje stopy. Milczenie przerwała Bella, które mruknęła, że musi zrobić obiad i zniknęła w domu. Jean odwróciła się plecami do ojca.
-Jean…przykro mi…
-Nie jest Ci przykro. Kłamiesz jak zawsze. Nie chcę z Tobą rozmawiać. Nie jesteś dla mnie ojcem. Nie chcę mieszkać z Tobą i Twoją nową rodziną. Jestem pewna, że Bella nie zastąpi mi matki, więc nie musi się starać.
-Jesteś niegrzeczna, Jean.
-Nie mów do mnie jak do dziecka. Nie jestem nim od kilka lat, ale skąd to możesz wiedzieć? Nigdy Cię przy mnie nie było. Jestem szczera. Teraz pokaż mi pokój i zostaw w spokoju. – ominęła ojca i chwyciła walizkę. Mężczyzna wzruszył ramionami i podążył za dziewczyną. Otworzył przed nią drzwi do małego pokoju i zniknął na schodach. Jean usiadła na łóżku i zakryła twarz dłońmi. Nie tak wyobrażała sobie życie z tatą. Nie wiedziała, że ma żonę, piękny dom i jest szczęśliwy. Czy, ta cała Bella, wie, dlaczego tu jest? Może ojciec przedstawił ją jako przybłędę? Podniosła się z łóżka i podeszła do okna. Widziała ten cudowny ogród i już od samego początku przeczuwała, że to będzie jej ulubione miejsce. Otworzyła okno na oścież i zaczęła przystrajać pokój według własnego uznania. Jeśli ma tu zostać na dłużej, to czas na przystosowanie się. Otworzyła zaklejony taśmą karton i zaczęła wyciągać z niego poszczególne zdjęcia, albumy, zeszyty i plakaty. Nad łóżkiem zawiesiła fotografię przedstawiającą siebie i mamę nad morzem. Jean uśmiechnęła się na to wspomnienie. Były wtedy ostatni raz nad morzem. Problemy finansowe nie pozwoliły im powtórzyć znów takiego wyjazdu.
Otarła samotną łzę, która płynęła po policzku.
Kolejna zmiana. Nowe miasto, nowi ludzie, nowe historie do opowiadania.
Ukrywanie kim naprawdę się jest.
-Mamo, mamo! Już przyjechała?! – Jean wyjrzała przez okno. Przed domem stała drobna brunetka i opierała się o skrzynkę na listy. Włosy spięła w kucyka, a grzywka zasłaniała jej oczy.
Kim ona jest?
-Przyjechała! Poznasz na obiedzie, Merry. – odkrzyknęła Bella. Jean odsunęła się od okna. Merry? Córka Belli? Nie wiedziała, że będzie miała „siostrę”. Głosy na dworze ucichły, a Jean wciąż stała bez ruchu. Nigdy nie mieszkała z tyloma osobami. Zawsze była tylko ona i mama. Kiedyś był jeszcze tata.
Rozległo się pukanie do drzwi.
-Proszę. – powiedziała cicho i odwróciła się od drzwi.
-Obiad na stole, Jean. Chodź z nami zjeść. – tata położył jej rękę na ramieniu. Nie drgnęła. Oddychała głęboko. Łzy napływały jej do oczu. Odwróciła się i spojrzała w oczy mężczyzny.
-Mama prosiła mnie, bym Ci to przekazała. To była jej ostatnia prośba. Nie zawiedź jej i przeczytaj to. A głodna nie jestem. – powróciła do swojego wcześniejszego zajęcia. Czekała aż ojciec opuści jej pokój.
Jej pokój? To nigdy nie będzie jej dom. Jej dom jest w Waszyngtonie. W małej dzielnicy, gdzie dzieliły z mamą kawalerkę. Jej domem może być nawet tamtejszy szpital, gdzie spędziła ostatnie miesiące życia matki. Jej domem mógł być nawet krawężnik niedaleko Białego Domu. Każde miejsce w Waszyngtonie było jej domem.
Nevada?
Las Vegas?
Słońce przez okrągły rok, pustynne powietrze, Miasto Świateł, hazard i alkohol. Czy to naprawdę jest rzeczywistość? Może powinna się wreszcie obudzić? Miasto pełne pustych i fałszywych ludzi. Co za różnica, cały czas się nimi otaczała. Koleżanki ze szkoły przyrzekające, że pieniądze nie są najważniejsze, ale na zakupy nigdy nie zabrały Jean.
Biedna mieszkanka Waszyngtonu. Zzieleniały by z zazdrości widząc jej dom.
Taty dom, przepraszam.
komentarze [6]

Powrót? >> wtorek, 14 kwietnia 2009 21:15:32
Chyba tak! Mam sentyment do tego bloga. Tyle czasu spędziłam razem z nim, tyle fantastycznych chwil!
Brzmi dziwnie, nie ma co xD
Więc...jak już kiedyś wspominałam, to mam pomysł na coś nowego, ale kontynuacja tego opowiadania.
Nie zrezygnowałam, ale piszę bardzo wolno. Niedługo zawiadomię tego, kogo trzeba o nowej notce heh :)
komentarze [0]

W ramach przypomnienia. >> czwartek, 9 października 2008 14:10:31
Nie chcę, żeby ten blog umarł, a to właśnie się z nim dzieje.
Dlatego piszę. Wiem, że nic nowego nie wymyślę tutaj, bo nawet nie ma sensu. Chyba po prostu zacznę go od początku publikować. No bo, chciałabym, żeby nie był porzucony, a zapewne to niedługo się stanie jak go oleję.
Czasami włączam Worda i próbuję coś napisać, przypominam sobie na jakim momencie skończyłam to pisać, ale zaraz potem....
Chwila! Przecież już dawno zakończyłam historię Julki!
Może kiedyś napiszę o jej życiu z Jonem...
Albo o ich dziecku? No nie wiem, zastanowię się :)
Miło, jak to ktoś przeczyta.
komentarze [4]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 77. >> środa, 20 sierpnia 2008 18:25:35
A więc wreszcie doczekałyście się ostatniego odcinka. Nie mówię, że rozwiąże wszystko, bo nic nie rozwiązuje. Jedynie dostarcza informacji, które i tak na wiele się nie zdadzą. Tyle czasu publikowałam i wytrwało przy mnie wielu stałych czytelników. Jest ich sporo, ale są osoby, które czytały wszystko jednym tchem i komentowały gdy tylko się dało.
Na początek chcę podziękować Pauli i Ash, które były ze mną od samego początku do samego końca. One najwcześniej rozumiały o czym pisałam i do nich sięgałam radą jak potrzebowałam wsparcia. Serdecznie wam za to dziękuję, bo trzymałyście mnie przy tym :):* Kolejne podziękowania są dla Eli, którą znałam wcześniej niż to opowiadanie zaczęło rozkwitać w mojej głowie, a więc dużo wcześniej ;) Z nią wymieniałam się pomysłami, za co nie mogę pominąć jej osoby tutaj :). Marta> z fob-panic-story i Kitty z pretty-odd zawsze rozbrajały mnie swoimi komentarzami i uwielbiałam je czytać kiedy było mi źle. Kitty nie ma akurat, ale mam nadzieję, że to przeczyta. Teenage_Heart! Kolejna osoba :) Dziękuję, że zawsze pisałaś obszerne komentarze i przeżywałaś to co pisałam. Naprawdę wiele mi to dało. Oczywiście jest takie wiele dziewczyn z SayDisco, których nie mogę pominąć! Nessa, Mer, Obe, Alexxz, Luvromance, Angell, Carmen i wiele wiele innych, które to czytały. Dzięki wam uwierzyłam, że potrafię.
Dużo osób się przewijało i nie jestem w stanie ich zliczyć. Jedni uciekli w połowie inni dołączyli pod koniec, ale to nie znaczy, że o nich zapomniałam. Dziękuję wszystkich co to czytali i liczę, że dalej będą czytać moje wypociny ;)


5 lat później…


-Kochanie, jesteśmy na miejscu. Pójść z Tobą? – usłyszałam nad uchem.
-Nie, załatwię to sama. – uśmiechnęłam się promiennie i opuściłam samochód. Przez 3 miesiące nie widziałam bramy cmentarnej. Poczułam lekkie ukucie w sercu kiedy pod nią przechodziłam.
Bez problemu doszłam do nagrobka. Stanęłam przy nim i przez chwilę zawahałam się. Chciałam wrócić. Odejść z tego miejsca, które napawa mnie smutkiem i bólem w sercu. Uklękłam i dotknęłam zimnego marmuru. Zdmuchnęłam garść jesiennych liści i przypatrzyłam się wygrawerowanym literom.
-Ryan… - szepnęłam. – Ryan…tęsknię za Tobą. Wciąż tęsknię. Nie mogę pojąć dlaczego Cię nie ma. Nie mogę pogodzić się z tym, że odszedłeś. A to przecież 5 lat! 5 długich i trudnych lat…
Wyciągnęłam z torebki znicz i zapaliłam go. Patrzyłam jak płomień chce się wydostać z małego pojemnika. Odgarnęłam włosy z twarzy.
-Jon jest tu ze mną, wiesz? Chciał przyjść…ale postanowiłam załatwić to sama. Chciałam porozmawiać. Przez 3 miesiące byliśmy u Any i jej męża. Tak…ma męża. Naprawdę sympatyczny. Nie wiem, czy ona również widzi w nim Ciebie, ale ja widziałam mnóstwo podobieństw. Tęsknią za Tobą. Nie mówią o tym, ale tęsknią. Razem z Jonem mamy w domu pokój, w którym powiesiliśmy i umieściliśmy wszystkie rzeczy, które mają z Tobą jakikolwiek związek. Mama pozwoliła nam umieścić nawet Twoje łóżko. – zaśmiałam się gorzko. – Pewnie zastanawiasz się co z mamą. Wyjechała do Polski z Marchelem. Wróciła na stare śmieci. 3 lata temu stwierdziła, że nie może być tutaj, kiedy Ciebie nie ma. Nie mam jej za złe. Sama chciałam opuścić to miejsce.
Domyślasz się, że zespołu nie ma. Chłopcy doszli do wniosku, że bez Ciebie to nie ma sensu. Jon tylko czasami gościnnie występuje u zespołów z DecayDance. Spencer mieszka w naszym dawnym sąsiedztwie i założył zespół, który zaczyna zbierać przychylne opinie krytyków. Z Brendonem było najgorzej. Załamał się, kiedy nas opuściłeś. Przed ponad rok nie brał udział w życiu towarzyskim. Jednak obecnie jest drugim wokalistą w Fall Out Boy. Pete był naprawdę wyrozumiały dla nas. Pomagał chyba lepiej niż ktokolwiek.
Kocham Cię Ryan. Kochamy Cię wszyscy. Naprawdę…naprawdę myślałam, że z nami zostaniesz do końca, że doczekasz tej chwili… - wstałam i otrzepałam spodnie. Położyłam ręce na brzuchu i uśmiechnęłam się.
-Za 3 miesiące zostałbyś wujkiem. Jeśli to będzie chłopiec nazwiemy go Ryan. Mam nadzieję, że mały Ryan zapełni mi i Jonowi pustkę jaką pozostawiłeś.
Położyłam na nagrobku zerwanego kwiatka i powoli oddalałam się. Za plecami nagrobek znikał, ale słowa wciąż się w mojej głowie.

Św. P.

George Ryan Ross

30 sierpnia 1986 – 8 stycznia 2008


Anioł Śmierci, dzierżący w dłoniach brązową lampę, zabrał Cię ze sobą w mroczne odmęty.


Boże, spraw, aby spoczywał w pokoju.


komentarze [14]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 76. >> wtorek, 19 sierpnia 2008 11:31:10
Uwaga! Jutro będzie kolejna notka. W czwartek jadę, więc jutro muszę ją dodać. To będzie już ostatnia.

To jest chyba najgorsze wydarzenie w jakim muszę uczestniczyć. Wyszliśmy z domu i powoli snuliśmy się w stronę cmentarnego kościoła. Ludzie, którzy nas mijali mieli takie same czarne ubrania. Ze spuszczoną głową podążałam za mamą i Marchelem. Wciąż nie mogę uwierzyć, że to robię.
Idę na pogrzeb mojego brata. Odeszła jedna z najbliższym mi osób. Zarówno brat, przyjaciel, idol…
Krople ściekały po policzkach i zapewne rozmazywały makijaż. Przed oczami zobaczyłam grupę osób tłoczących się przed wejściem. Wśród nich ujrzałam zespół Fall Out Boy z Wentzem na czele, a także The Academy Is. Wszyscy pogrążeni w smutku czekali przy wejściu. Minęłam ich nawet nie witając się. Co miałabym powiedzieć? ‘Hej, co tam u was?’.
Ciemność ogarnęła mnie kiedy przekroczyłam próg kościoła. Od razu zauważyłam trumnę stojącą przy ołtarzu. Miała kolor złotawy. Otwarta stała tam, aby każdy mógł do niej podejść. Nie chciałam. Naprawdę nie chciałam tego robić. Nogi same zaniosły mnie do niej. Jakby Ryan wewnętrznie chciał, żebym na niego spojrzała. Koniuszkami palców dotknęłam trumny. Mój płacz rozległ się echem po pomieszczeniu. Ludzie, którzy zdążyli usiąść w ławkach patrzyli na mnie z lekkim zażenowaniem.
No co?! Nigdy nie umarła im ukochana osoba?! Czy na pogrzebach nie można płakać?! Chciałam im to wykrzyczeć w twarz, ale poczułam jak ktoś obejmuje mnie i przytula do siebie.
-Chodź, chodź…usiądziemy… - Jon szeptał mi do ucha i kołysał. Trochę uspokojona zajęłam miejscu pomiędzy Brendonem, a Jonem. Ten drugi cały czas trzymał mnie za rękę. Nie mogłam się rozejrzeć. Nie mogłam patrzeć na twarze ludzi, którzy płaczą, którzy mają smutek w oczach. Nie szukałam wzrokiem Patrycji ani Any.
Wszystko pogrążone było jakby w półśnie. Żałobnicy podchodzili do ołtarzy składali kwiaty, mruczeli kondolencje i wracali do ławki.
W każdym geście każdej osoby widziałam cząstkę Ryana. A to w chodzie, w podnoszeniu ręki, by otrzeć łzy, w fryzurze, a nawet w oczach pewnego starzejącego się mężczyzny widziałam znajomy błysk.
Kiedy wszyscy zajęli miejsca, na ambonę wkroczył ksiądz, który uspokoił tłum cichym mruknięciem. Jak na znak, wszyscy umilkli i wlepili oczy w wielebnego.
-Zgromadziliśmy się tu, aby pożegnać młodego człowieka jakim był George Ryan Ross III. Syn Johna i Anny był 21letnim mężczyzną mającym przed sobą całe życie. Nie zdążył się nacieszyć przybyłą do niego rodziną z Polski. Odnalazł matkę jak i również dwie siostry – Julię i Patrycję.
Ksiądz zrobił krótką pauzę, która dla mnie była wiecznością. Siedziałam w pierwszej ławce i cała trzęsłam się od płaczu. Niech.To.Się.Wreszcie.Skończy.
-Artysta, można powiedzieć. Gitarzysta, a także założyciel i autor tekstów zespołu Panic At The Disco. Opuścił nas śmiercią tragiczną i bolesną. Jego zmagania z chorobą były pełne męstwa i odwagi. Walczył do końca i zostanie wynagrodzony. To dla wszystkich ogromna strata. Odszedł człowiek, który w przyszłości mógł być wielki. Miał plan i inicjatywę. Śmierć obudziła go brutalnie z snu zwanego życiem. – zaczerpnął powietrza. – Jesteśmy jego przyjaciółmi, którzy w każdej chwili służyli mi pomocą. Zapewne, docenił ją zanim jego powieki zamknęły się na zawsze. Marzenia się nie spełniły, lecz swym śmiechem i życiem uszczęśliwił nie jedną istotę, która jest tu z nami. Pomódlmy się za zmarłą duszę Geogre’a Ryana Rossa III.
-Ryana Wieszak Rossa – mruknęłam do siebie. Na samo wspomnienie tego dnia chciałam się roześmiać. To był histeryczny śmiech. Udało mi się go stłumić i ruszyłam za wszystkimi na cmentarz. Marsz pogrzebowy rozbrzmiewał nad naszymi głowami i niósł się dalej w głąb miasta.
Cały orszak stanął przy wykopanym dole. Wpatrywaliśmy się jak trumna powoli zjeżdżała na dół. Łzy cisnęły się do oczu. To ostatni raz kiedy widzę Ryana. Kiedy mogę poczuć jego obecność. Ostatni raz wypowiadam jego imię w czasie teraźniejszym. Później to będzie tylko przeszłość…
Ostatni raz widzę jego trumnę, gdzie pod pokrywą jest jego uśpione ciało. Ostatni raz mama rzuca kwiaty na trumnę. Ostatni raz słyszę marsz pogrzebowy…
Uklękłam na ziemi. Tępym wzrokiem patrzyłam na grudki ziemi, które powoli zasłaniają trumnę.
-Wstań Julia, proszę. – Brendon próbował mnie podnieść.
-On nie żyje…jego nie ma…odszedł…już, już nigdy nie usłyszymy jak śpiewa, jak pije poranną kawę, jak denerwuje się. Już nie zobaczymy uśmiechu na jego twarzy, nie poczujemy jak nas kocha, nie nasłuchamy się marzeń…nie ma już marzeń…nie spełniły się. Nie spojrzy na nas…nie…
Rozpłakałam się jak małe dziecko. Krople złączyły się deszczem, który również zaczął płakać nad losem chłopaka. Ludzie poczęli rozchodzić się do swych aut klepiąc mnie po plecach i szeptając kondolencje. Siedziałam na mokrej ziemi, a za mną stali paniczni, mama, Patrycja oraz Ana. Stali i wpatrywali się w świeżo zakopaną ziemię. Nie mogłam się zebrać w sobie. Waliłam pięściami w ziemię, a mój płacz niósł się echem po cmentarzu, tak jak wcześniej marsz pogrzebowy…
komentarze [7]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 75. >> piątek, 8 sierpnia 2008 19:11:36
A ja płaczę razem z wami...a może bardziej?
Chciałabym, żeby wszyscy to przeczytali. I w miarę możliwości skomentowali, bo wiele czasu poświęciłam na to. Liczę na wasze słowa.


Siedziałam na szpitalnym krześle i czekałam. Jon, Spencer, Brendon, Ana i mama z Marchelem razem siedzieli przy stoliku na końcu korytarza. Ja nie mogłam. Nie mogłam rozmawiać z nimi, wymuszać śmiechu. Wolałam pogrążyć się w mych myślach. Przypominałam sobie uśmiechniętego Ryana.
Łzy pociekły po policzkach.
Dlaczego zawsze, kiedy ludzie mają inicjatywę i chcą coś zmienić spotyka ich ciężki los? Dlaczego nie mogliśmy powstrzymać Ryana, zamknąć w białym pokoju i pilnować 24 godziny na dobę?
Teraz leży w szpitalnym łóżku i czeka na lekarstwa. Wyjdzie po kilku tygodniach i znów wróci do pracy, znów osłabnie, a to może się skończyć tragicznie.
-Julio…chodź coś zjeść. – Jon objął mnie ramieniem.
-Nie chcę. Nie jestem głodna. Poczekam. Idźcie. – powiedziałam i dalej wpatrywałam się w ścianę.
Zostałam sama. W korytarzu pełnym smutku, zapachu choroby i pesymizmu. Tylko ściana dzieli mnie od niego. Mogłabym wejść i przytulić się. Jak kiedyś.
Jak to było? Ah tak…ten uśmiech przy pierwszym spotkaniu. Ukradkowe spojrzenia i rozmowy. Kłótnia w wigilię i marzenia…
Wspólne wieczory, śmiechy, zwierzenia, obraz miłości Ryana i Any, koncerty.
Rozpad zespołu i płacz. Płacz Ryana nad upadkiem marzeń..
Nadzieja. Odnowa. Ciężka praca.
I teraz jest tutaj. Wszystko sprowadza się do tego budynku.
Podniosłam głowę. Lekarz wbiegł do sali, gdzie leżał brat. Wstałam z krzesła i podeszłam bliżej. Po chwili przybiegł Jon i mama. Wpadli do pomieszczenia. Zamarłam.
Obudził się?
Po chwili wyszedł Jon. Jego wzrok. Zemdlałam.
Obudziłam się w poczekalni na twardej ławce. Gdy tylko otworzyłam oczy łzy pociekły po policzkach. Nie chciałam patrzeć na towarzyszów. Delikatnie uniosłam głowę, lecz zobaczyłam tylko Anę i pocieszającego ją Spencera. Mama z Marchelem siedzieli obok mnie. Płacz mamy obił mi się o uszy. Usiadłam.
-Jon…?
-Tak, kochanie?
-Powiedź…no powiedź, że nie..
-Przykro mi. – spojrzałam na jego twarz. Łzy, które zdążyły wyschnąć na jego policzkach zostały zmyte przez kolejne krople.
-Dlaczego? Nie…nie…nie mogę… - wstałam i pobiegłam w stronę wyjścia. Nikt mnie nie wołał. Wybiegłam na mroźne, styczniowe powietrze. Histeryczny płacz zaczął dławić mnie od środka. Przez mgłę widziałam jakąś parę, która śmiała się.

Nikt nie stoi, wszyscy dobrze się bawią
A może właśnie teraz, na pewno ktoś, na pewno ktoś umiera…


Pieprzony świat! Pieprzona śmierć! Pieprzone życie! Zaczęłam kopać kamień stojący przede mną. Gorzkie łzy spływały po twarzy i znikały w ciemnej trawie. Uśmiech Ryana i jego głos wciąż były w mojej głowie.
Nie wierzę! Nie wierzę!
Cholera jasna, nie wierzę!
-Julka! Julka, proszę, opanuj się! – Brendon odciągnął mnie.
-Puszczaj! – krzyknęłam i spojrzałam na wokalistę. Był tak samo zdołowany jak ja. Podpuchnięte oczy i zaciśnięte wargi. No tak! Przecież to najlepszy przyjaciel Ryana. Był najlepszym przyjacielem.
-Brendon.. – zaczęłam szlochać. – On nie wróci…
-Nie mów tak. On cały czas z nami jest. – mówił bez przekonania.
-On odszedł…zostawił nas…dlaczego…miał całe życie…
-Proszę, nie płacz. Nie mogę patrzeć jak płaczesz.
-Nie umiem! Nie będę się cieszyć. Brendon! Przecież Ryan UMARŁ! – moje słowa obiły się echem po placu. Zaległa cisza.
-Wiem…wiem…straciłem najlepszego przyjaciela…najlepszego kumpla, który wyciągnął mnie z bagna w jakim byłem…
Zaczął płakać jak małe dziecko. Przytuliłam się do niego. Gorące łzy spływały po twarzy i wsiąkały do ziemi.
Do ziemi, która niedługo ma pochłonąć Ryana…
Wstałam i podeszłam do wejścia. Przekroczyłam próg i jak zahipnotyzowana szłam przez puste korytarze. Doszłam do sali Ryana. Nikt mnie nawet nie próbował powstrzymać. Złapałam za klamkę i nacisnęłam ją. Drżąc na całym ciele posuwałam się w stronę szpitalnego łóżka. Bałam się tego co zobaczę. Bałam się…
Moim oczom ukazał się człowiek leżący w białej pościeli. A może wrak człowieka? Zapadnięte policzki, blada skóra, zamknięte oczy…
Delikatnie ścisnęłam rękę brata. Zimna jak lód. Spojrzałam w zamknięte powieki. Kilka łez spadło na twarz brata, ale nie otarłam ich. Pozwoliłam by wszystkie moje myśli i uczucia zostały przy Ryanie. Trzymałam go za rękę i płakałam. Płakałam, że odszedł tak młodo.
-On chciał tylko dobrze…chciałeś spełnić swoje marzenia…swoje pragnienia…które…Cię…zab…zabiły… - szlochałam. Usłyszałam jak drzwi otwierają się. Obok mnie stanęła Ana. Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Objęła mnie, a nasze łzy złączyły się w cudownym tańcu i spoczęły we włosach nieboszczyka.
-Tak go kochałam…tak strasznie wierzyłam, że będzie ze mną do końca…a teraz? Co ja będę robić, kiedy nie będę słyszeć jego śmiechu i głosu? – szepnęła przyjaciółka.
Za oknem, ponad murem otaczającym szpital usłyszałyśmy podniesione głosy i wesoły śmiech. Ktoś się bawił.

Nikt nie stoi, wszyscy dobrze się bawią
A może właśnie teraz, na pewno ktoś, na pewno ktoś umiera…

komentarze [14]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 74. >> środa, 6 sierpnia 2008 21:35:17
O 12 rano dzwonił telefon. Zwlokłam się z łóżka i zeszłam do salonu. Brendon otworzył lekko oczy i spojrzał utęsknionym wzrokiem na butelkę wody. Położyliśmy się spać po 4 rano, a Brendon do tego w stanie nietrzeźwości.
-Słucham? – odezwałam się zachrypniętym głosem. – Jak to…ale mówił pan…dobrze, dobrze już jedziemy!
Rzuciłam słuchawką i ruszyłam do pokoju. Jon owinięty kołdrą mruczał coś przez sen.
-Jon, Jon! Wstawaj!
-O co chodzi? – zapytał z zamkniętymi oczami.
-Wystąpiły komplikacje! Ryan trafił na oddział intensywnej terapii! – krzyknęłam histerycznym głosem.
-Osz kurwa! – Jon wypadł z pokoju i obudził resztę. Usiadłam na łóżku i cała radość z poprzedniego wieczoru uleciała.
Myślę o najgorszym zakończeniu.
Tylko nie to. Tylko nie to. Kiedy basista przyszedł po mnie musiałam wyglądać żałośnie. Siedziałam na brzegu łóżka i próbowałam pohamować płacz. Jego pełen współczucia i strach wzrok spowodował wybuch. Objął mnie ramieniem i razem, zeszliśmy do samochodu. Panowała tam ponura atmosfera. Spencer za kierownicą nie trzymał się przepisów, Brendon wpatrywał się w okno, a Ana szlochała w chusteczkę. Zajęłam miejsce przy oknie i przyglądałam się uśpionym ulicom. Nowy Rok. 1 stycznia 2008 roku. Powinniśmy się cieszyć, że zaczynami kolejny rok w tym samym składzie.
Szpital stał ciemny i ponury. To miejsce zawsze napawało mnie lękiem i obrzydzeniem, ale w obecnej sytuacji jeszcze bardziej się go boję. Ścisnęłam rękę Jona i weszliśmy do środka. Cisza wydawała się za gęsta. W recepcji słychać tylko dźwięk klawiatury i oddech pielęgniarki. Na korytarzu żaden pacjent nie kupował gorącej czekolady ani nie spacerował do toalety.
-Przepraszam, jestem siostrą Ryana Rossa. Podobno został przeniesiony.
-Tak, owszem. Rodzice już tam są. Lekarz z nimi rozmawia. Proszę udać się na 4 piętro. – recepcjonista uśmiechnęła się przyjemnie i wskazała palcem windę.
Korytarz na czwartym piętrze różnił się od poprzednich. Był szerszy i miał przygnębiające kolory. Na samym początku widniała wściekle czerwona tabliczka z napisem Oddział intensywnej terapii. Bez pozwolenia wstęp wzbroniony.
Tylko jedne drzwi były zamknięte. Stanęliśmy przy nich i nasłuchiwaliśmy dźwięków jakie wydobywają się zza drzwi. Widziałam jak ręka Any delikatnie wysuwa się do przodu, a potem chowa.
Pomyślała o tym co ja. Chciała sięgnąć do klamki, nacisnąć ją i przygotować się najgorszy widok w swoim życiu.
Zza rogu wyszedł lekarz, a za nim mama z Marchelem.
-Dzień dobry. Już rozmawiałem z rodzicami. Na razie nie można do niego wejść. Bardzo mi przykro. Zrobimy wszystko, by go wyciągnąć z tego. – poklepał Jona po ramieniu.
-Gorączka. Wczoraj dostał gorączki 40 stopi. Nie spadała przez całą noc, a do tego tracił przytomność i ma zaniki pamięci. – głos mamy załamał się. Tępym wzrokiem wpatrywałam się w ruszające się usta.
Nawet nie wiem kiedy słone krople poczułam na języku. Wzięłam głęboki wdech, by opanować głos. Odwróciłam się i podeszłam do okna. Nie wiedziałam co myśleć! Komplikacje. Przecież nie miało ich być! Podobno wszystko było dobrze, musiał tylko odpocząć.
Zaniki pamięci? A skąd to się wzięło. Boże, Ryan.
Wyzdrowiej. Proszę Cię, wyzdrowiej! Dla nas! Dla mamy, dla Brendona, dla zespołu, dla Any…
-Przepraszam. – szepnęła przyjaciółka. Podskoczyłam jak oparzona.
-Przestraszyłaś mnie. Nie przepraszaj. Nie ma sensu. Obie wiemy, że tak nie myślałaś. Po prostu potrzebowałaś krzyku.
-Nie, miałaś rację. Też zawiniłam. Nie słuchałam o czym mówił do mnie.. – Ana otarła łzy. – A teraz nie wiem czy będę miała możliwość jeszcze usłyszeć jego głos.
-Nie mów tak! Przecież jutro się z nim zobaczymy! – przytuliłam towarzyszkę i z całych sił próbowałam wierzyć w to co mówię.
Jednak ani jutro ani w ciągu pięciu kolejnych dni nie dopuszczano nas do niego. Codziennie spędzaliśmy godziny na czwartym piętrze. Rano byłam z Jonem, Brendon z Aną przychodzili po południu, a mama, Marchel i Spencer wieczorem. Czuwaliśmy pod salą, by poczuł naszą obecność.
Liczyliśmy kolejne dni i godziny. Cieszył nas każdy ranek, ponieważ nie mieliśmy telefonów ze szpitala o najgorszym zakończeniu.
Nikt o tym nie mówił, lecz każdy myślał i oddychał z ulgą, gdy kolejne dni dobiegały końca.
komentarze [2]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 73. >> poniedziałek, 4 sierpnia 2008 18:37:01
Moim zdaniem, jedna z najlepszych.

Z zapuchniętymi oczami siedziałam na szpitalnym krześle. Brendon chodził w tą i powrotem przez cały korytarz, a kiedy upomniała go pielęgniarka, że przeszkadza pacjentom podszedł do automatu i kupił puszkę coca-coli. Usiadł obok mnie i wyciągnął rękę, w której trzymał napój.
-Nie, dzięki. – odparłam. Drzwi od pokoju 206 były zamknięte, a my od ponad godziny czekamy aż lekarz wyjdzie i powie nam co dokładnie stało się Ryanowi.
-Myślisz, że to coś poważnego? – Brendon powoli zgniatał puszkę i nie podnosił wzroku.
-Nie wiem. Mam nadzieję, że nie…ale w głębi serca czuję, że szybko z tego nie wyjdzie. – powiedziałam po chwili milczenia.
-Też tak sądzę. Na początku myślałem, że to takie chwilowe ukłucie, ale czarne scenariusze pojawiały się w mojej głowie coraz częściej. Teraz jestem prawie pewny, że Ryan będzie chory. – szepnął i wyrzucił puszkę.
-Bden? Nie martw się o niego.
-Nie potrafię. – wzruszył ramionami i ukrył twarz w dłoniach. – On tyle dla mnie zrobił. A ja co? Kiedy ma problem nawet nie potrafię mu pomóc. Siedzę na korytarzu zamiast wejść tam i pocieszyć kumpla.
-To nie jest Twoja wina. Równie dobrze ja mogłabym zauważyć, że coś jest nie tak, Jon i Spenc też. – położyłam przyjacielsko dłoń na ramieniu wokalisty.
-Jestem jego przyjacielem. Wyciągnął mnie ze slumsów, a ja nie potrafię mu pomóc. Tylko wciąż stwarzam problemy. Popatrz do czego doprowadziłem jedynego przyjaciela! – skierował swój wzrok na mnie. Z przerażeniem zobaczyłam łzy w jego oczach.
-Boże, Bden! Przecież to nie przez Ciebie tu leży!
-Jak nie? A kto Cię pocałował i rozwalił zespół?
-Ja…nie możesz się obwiniać. Nigdy więcej nie obwiniaj się. – przytuliłam go i otarłam łzy, który popłynęły z oczu. Z windy wyszedł Marchel z Jonem oraz mama i Spencer. Wstałam i rzuciłam się mamie na szyję.
-Kochanie, co tu się stało? Dlaczego Ryan jest w szpitalu? – roztrzęsiony głos rodzicielki wydusił z mojego gardła szloch, a z oczy łzy.
Każdy po kolei opowiadał dlaczego Ryan jest w szpitalu. Tylko Brendon siedział samotnie przy oknie i palił papierosa. Nigdy nie widziałam jak pali, ale Ryan kiedyś mówił, że gdy jest zdenerwowany lub zły to pali.
Po 15 minutach wyszedł lekarz. Podszedł do nas i zwrócił się do mamy.
-Pani jest matką Ryana?
-Tak. Panie doktorze, co mu jest? – wstała i spojrzała w przenikliwie niebieskie oczy mężczyzny.
-Osłabienie. Nie jadł i nie pił chyba od 3 dni. Odwodnił się, organizm potrzebował witamin i snu, a tego w ogóle nie było. Do tego zostały przedawkowane tabletki uspokajające. Organizm nie jest w stanie podnieść się. Musi odpocząć. Przynajmniej z tydzień lub więcej.
-Ale wyjdzie z tego?
-Jeżeli nie będzie komplikacji to owszem.
-A jeśli by były…?
-Zależy od człowieka. Jednak…w tym przypadku myślę o najgorszym zakończeniu. – kiedy mama zakryła usta ręką, lekarz uśmiechnął się blado. – ale nie ma powodu do zmartwień! Komplikacji nie będzie, nie zapowiada się, by coś takiego mogło nastąpić. Ryan śpi, ale możecie go państwo zobaczyć. Jednak maksymalnie 15 minut. – stuknął w zegarek i włożył ręce do kieszeni.
Całą szóstką weszliśmy do środka. Nikt nic nie powiedział. Wpatrywaliśmy się w zamknięte powieki gitarzysty. Jego policzki były w jeszcze gorszym stanie, a ciało bezwiednie leżało w białych prześcieradłach.
Myślę o najgorszym zakończeniu.
Przecież Ryan nie może umrzeć. Komplikacji także nie będzie. Sam lekarz powiedział, że mało prawdopodobne.
Ale jednak prawdopodobne.
Świat by ucierpiał gdyby on umarł. Poza tym, Bóg istnieje i wie, że coś takiego nie będzie miało sensu.
Ale myślisz o najgorszym zakończeniu.
Otrząsnęłam się z przemyśleń, a głosik w głowie ucichł. Pogłaskałam Ryan po twarzy, a mama pocałowała w policzek. Lekarz wywołał nas z sali i obiecał dzwonić jeśli dowiedzą się czegoś nowego. W podłych humorach wróciliśmy do domu. Jon postanowił zostać u mnie na noc.
-Tak bardzo się o niego boję. – rozpłakałam się gdy tylko drzwi wejściowe zamknęły się, odcinając nas od reszty świata.
*****


W sylwestra przyjechała Anabella, ponieważ trzeba było poinformować ją o stanie zdrowia Ryana. Czekałam na przyjaciółkę, a potem miałyśmy obie pojechać do szpitala na Desert Ln.
Ujrzałam z daleka jej zmęczoną i zatroskaną twarz. Wpadłyśmy sobie w ramiona i ruszyłyśmy ulicami.
-A więc…jak to się stało? Proszę, opowiedz mi. – Ana włożyła zmarznięte ręce do kieszeni spodni. Cichutko westchnęłam. Nie chciałam tego po raz kolejny opowiadać. Trzy razy rozmawiałyśmy o tym przez telefon. Zmusiłam się i wznowiłam historię wygrzebując każdy szczegół, który przypominał mi o błędach jakie popełniałam w ciągu ostatniego tygodnia.
Szpital wyłonił się zza zakrętu w momencie kiedy skończyłam opowiadać. Ana nie odezwała się słowem. Weszłyśmy do sali Ryana i usiadłyśmy przy łóżku. Wciąż śpi. Jego twarz przybrała trochę kolorów, ale nadal wyglądał bardzo mizernie. Rozprostowałam lekko zgniecione prześcieradło i czekałam aż brat poruszy ręką.
Bez skutku. Czułam napięcie rosnące między mną a Aną. Bałam się, co będzie gdy opuścimy pomieszczenie. Dzisiejszy dzień miał być spędzany u mnie. Razem z resztą panicznych, którzy okupują teraz dom mamy zamiar zrobić sobie maraton filmowy. Nic innego nie byliśmy w stanie wymyślić, ponieważ Ryan leży w szpitalu, a bez niego zabawa nie miałaby sensu.
Ana odeszła od łóżka Ryana i opuściła salę. Poszłam w jej ślady i po kilku minutach znów znalazłyśmy się na ulicy. Słońce zdążyło zajść, a z domów dało się słyszeć przygotowania do przywitania nowego roku. Ludzie puszczali głośną muzykę, a gdzieniegdzie widać było kolorowe fajerwerki wzlatujące do nieba.
-Jest w szpitalu. Jest chory, rozumiesz? – odezwała się Ana.
-Tak, wiem. Rozumiem doskonale, ale pamiętasz jak był ostatnio? Wyszedł i nic więcej się nie działo.
-Przestań mnie okłamywać. Wiem, że jest gorzej niż ostatnio. – warknęła w moją stronę.
-Oskarżasz mnie?
-Nie. Tylko nie mogę pojąć dlaczego doprowadziłaś do takiego stanu! Przecież powiedział Ci w Wigilię, że chce pracować. Mogłaś się domyślić co on knuje!
-Równie dobrze mogłam sobie ubzdurać, że buduje bombę nuklearną, którą będzie groził jeśli wszyscy nie pokochają zespołu. – prychnęłam pogardliwie. Złość, frustracja i zbierająca się bezsilność powoli wymykają się spod kontroli.
-Żartujesz sobie? Śmieszy Cię to, że Ryan jest chory?
-Nic takiego nie powiedziałam!
-Ale tak myślisz!
-Skąd to możesz wiedzieć?! Obwiniasz mnie o to, że Ryan się zamknął w pokoju! Co to, ja jestem jego niańką? Ty też mogłaś się dowiedzieć co się z nim dzieje!
-Niby jak?! Byłam u babci! Nie widziałam się z nim! – krzyknęła Anabella. Twarz zarumieniła jej się od zimna i złości, ale nie miałam ochoty przestać się z nią kłócić. Stanęłyśmy naprzeciwko siebie i zabijałyśmy wzrokiem.
-A rozmowy telefoniczne? Z głosu tez można dużo odczytać! Tylko Ty tego nie potrafisz! Nikt nie zawinił w tym, że Ryan jest w szpitalu. Nikt albo wszyscy. Zarówno ja jak i Ty, czy Jon, Spencer lub Bden. Więc przestań robić z siebie ofiarę, przed którą ukryto prawdę! Pomyśl o nas! Jak my się czuliśmy kiedy zamknął się w pokoju? No co ja mogłam wtedy zrobić? No co?! – mój głos obił się echem po osiedlu.
-NIE WIEM! Nie moja sprawa! Przyjeżdżam, a mój chłopak leży w szpitalu! Nie jadł i nie spał od wielu dni!
-Ile on ma lat, że mamy się nim opiekować?!
-Jak ktoś jest chory trzeba się nim zaopiekować. – żachnęła Ana.
-Jesteś egoistką. Myślisz tylko o sobie, jak to strasznie Cię boli to, że Ryan jest chory. A czasem dopuść do myśli, że jego rodzina i przyjaciele też nie mają lekko. Wiedziałaś, że Brendon płakał? Nie, bo nie interesują Cię takie rzeczy. – szepnęłam. W ciemności widziałam jak oczy przyjaciółki rozszerzają się do rozmiarów orzechów.
Nagle usłyszałam kroki. Zza zakrętu wypadł Spencer. Uśmiechnął się i powoli ruszył w naszą stronę.
-Tak myślałem, że to wasze słodkie głosy słyszę. Wszyscy czekają. Chodźmy. - Wziął mnie i Anę pod rękę.
W domu Jon rozwalony na fotelu przeglądał płyty jakie przyniósł wokalista. Na stole rozłożone było jedzenie, a alkohol chłodził się w lodówce. Jedynie szampan i 5 kieliszków ozdabiało stół.
-Cześć, Ana! Dobrze, że jesteś. Zaraz zaczynamy. – Jon pomachał do czarnowłosej, a mnie pocałował w policzek. Ana wyrwała się perkusiście i usiadła na kanapie. Ja także ominęłam Jona i zajęłam miejsce przy kominku. Brendon spojrzał na Spencera porozumiewawczo i wzruszył ramionami.
Film się zaczął, ale moje myśli pozostały w ciemnej uliczce niedaleko Desert Ln., gdzie wymieniłam ostatnie słowa z Aną. Cała złość wypłynęła ze mnie, a Ana potwierdziła tylko moje obawy.
-PÓÓÓÓÓÓÓÓŁŁNOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOCCCCC! – zawył Brendon i zaczął tańczył na środku pokoju. Wszyscy złapaliśmy za szampana i wyszliśmy przed dom. Szampan lał się w każdą stronę, a życzenia nie kończyły się. Jon namiętnie całował mnie za każdym razem gdy na niego spojrzałam.
-Za nasz kolejny wspólny rok. – szepnął mi do ucha. Upiłam łyk i przeniosłam wzrok na niebo. Fajerwerki ozdabiały nieboskłon tysiącami kolorów. Każdy piękniejszy od poprzedniego. Usłyszałam cichy szmer. Za mną pojawiła się Ana. Trzymała w ręce pusty kieliszek i przestępowała z nogi na nogę.
-Mam nadzieję, że zrozumiesz swój błąd. – rzekła i odeszła. Oniemiała stałam i wpatrywałam się znikającą sylwetkę.
komentarze [6]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 72. >> sobota, 2 sierpnia 2008 19:45:11
Chyba za szybko dodaję te notki. Nie nadążają niektórzy, ale mam nadzieję, że prędzej czy później nadążą. Szkoda by było opuścić zakończenie.
A może czytają, a nie komentują? Nie wiem, nie wiem...

Czekałam na Jona przed domem, niespokojnie chodząc w kółko. Ręce trzęsły mi się, a w oczach gromadziły się łzy. Po kilku długich minutach udało mi się opanować drżenie rąk i otarłam łzy. Jednak gdy tylko Jon wyszedł zza zakrętu puściłam się biegiem w jego stronę. Wpadłam w ramiona chłopaka i ponownie zadrżałam.
-Kochanie, co się stało? Przybyłem najszybciej jak mogłem.
-Ja…on tam siedzi, prawie nieżywy, zamknął się, odciął…chciałam dać jeść, ale on…
-Julio. – objął mnie ramieniem. – Uspokój się najpierw. – Kołysał mną i delikatnie całował po włosach. Wzięłam kilka oddechów i spojrzałam w oczy. Były ciemne i nieodgadnione.
-Ryan jest zmęczony. Wygląda okropnie. Nie wiem kiedy spał, kiedy jadł ostatni raz. Ledwo trzyma się na nogach. Jest chory to pewne. Chciałam mu dać jeść…ale zamknął się przede mną. Po prostu zamknął drzwi na klucz.
-Nie chciał otworzyć? – Jon chwycił mnie za rękę i pociągnął do domu. – Po prostu nie odzywa się?
-Tak, tak… - szłam za nim. Patrzyłam jak jego ruchy sztywnieją. Stach odbijał się nawet w profilu twarzy. Podszedł do drzwi i zapukał. Zero odzewu. Wziął głęboki wdech i naparł całym ciałem na drzwi. Krzyknęłam. W oczach Jona było coś dziwnego. Strach. Ale nie strach o to, że Ryan się zamknął. Strach o jego życie. Jakby ważyły się losy całego istnienia Ryana.
-Jon, przestań! – odciągnęłam go na chwile i chwyciłam twarz w swoje ręce. Spojrzałam mu głęboko w oczy. – Powiedz, co się dzieje. Co się stało w trasie. Jon, musisz to powiedzieć.
-Po pierwszym koncercie Ryan oznajmił nam, że zrodził mu się pomysł na promowanie płyty. Powiedział, że ma idealny pomysł. Dzięki niemu zajdziemy wysoko. Ma plany na kolejne koncerty, a w domu kilka szkiców nowych piosenek. To miał być przełom. Jednak, nie sądziłem, że tak to rozegra. Ryan, otwórz do cholery!
Basista zaczął ponownie walić pięściami w drzwi. Ani drgnęły. Wydawało mi się, że Ryan je czymś zastawił. Ale nie miał na tyle siły, by to była szafa. Możliwe, że tylko krzesło.
Po godzinie błagania brata, by nas wpuścił zeszliśmy do salonu. Zdenerwowany Jon chodził po pokoju, a ja siedziałam zwinięta w kłębek na kanapie. Przestałam myśleć o tym co powinniśmy robić.
-Jon? A może Ryan śpi? – złapałam się tego pytania jak ostatniej deski ratunku.
-Ale ja mu prawie rozwaliłem drzwi. Nie obudziłby się?
-No, ale może ma taki kamienny sen…
-No cóż, to też jest myśl. Wiesz co? Na razie zostawmy go. – Jon poszedł do kuchni i po kilku minutach przyszedł z sokiem i dwoma szklankami.
-Mamy się nie przejmować? – spojrzałam w oczy chłopakowi i nalałam soku. Upiłam łyk i poczułam ulgę. Prawie się uśmiechnęłam.
-Tak. Nie mówmy nikomu o Ryanie. Wieczorem jak będziesz szła spać, to położysz mu tacę pod drzwi. Wyjdzie, bo musi iść do toalety. Teraz pewnie śpi i nie chce z nami gadać. – Jon pogłaskał mnie po głowie, a następnie pocałował w nos. Uśmiechnęłam się blado i odłożyłam szklankę.
Ma rację. Poczekamy do jutra. Może troszkę przesadziłam z tym krzykiem. Ryan pewnie nie wygląda tak źle jak to opisałam. Nie ma gadki bez przesadki, prawda?
Podeszłam do kominka i wrzuciłam drewno, by ogień nie zgasł. Czułam się lepiej, gdy płomienie tańczyły na ścianach salonu. Wtuliłam się w Jona i słuchałam dźwięków wydobywających się z kominka.
-Kocham Cię. – szepnęłam. Podniosłam wzrok i pocałowałam Jona. Jego pocałunki były jak lekarstwo. Wtuliłam twarz w pachnącą koszulę i zamknęłam oczy.
Obudził nas huk. Wstałam z kanapy i przez chwilę zastanawiałam się co spadło.
-Nic tutaj…może coś u Ryana? – Jon wspiął się po schodach i delikatnie zastukał do brata. Zero odpowiedzi.
-Może nam się przesłyszało? – szepnęłam i objęłam się rękoma. Jon przyciągnął mnie do siebie. Kilka minut staliśmy przytuleni, a potem musiał wracać do domu. Było grubo po 2 w nocy.
Gdy tylko drzwi wejściowe zamknęły się, cisza spowodowała paniczny lęk. Poczułam się taka słaba, pozbawiona ochrony i miłości. Wróciłam do kuchni i przyrządziłam Ryanowi śniadanie. Ze spuszczoną głową podstawiłam pod drzwiami i położyłam się na swoim łóżku.
Nic nie jest wieczne. Beztroskie życie, w którym nie przejmujesz się otaczającym Cię światem także. Trasa miała być zwycięstwem zespołu, a tymczasem niszczy zdrowie brata. Czy każdy artysta musi przechodzić podobne męczarnie? Brendon radzi sobie ze wszystkim. Czemu Ryan nie podzieli się swoimi problemami z przyjaciółmi. Chyba trzeba zorganizować sesję, gdzie Ryan będzie mógł wygadać się.
Odwróciłam się na drugi bok i wpatrywałam w białą ścianę. Dopiero gdy słońce wychodziło zza chmur powieki zaczęły mi ciążyć. Mimo wszystko wstałam z łóżka i wyjrzałam na korytarz. Nic się nie zmieniło. Drzwi od pokoju Ryana zamknięte, jedzenie nawet nie ruszone. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Coś się stało. Coś strasznego jest za ścianą. Niemożliwe, żeby Ryan z własnej woli nie wychodził. Zbiegłam na dół i zadzwoniłam do chłopków. Przyjechali w tempie natychmiastowym.
-Ryan? Ryan, otwórz nam. – powiedział spokojnie Brendon i przyłożył ucho do drzwi. – Nic nie słyszę.
-Jak to? – Spencer poszedł w ślady wokalisty. – Cicho. Żadnego dźwięku. Jakby spał.
-W takim razie boję się o niego jeszcze bardziej. – szepnęłam.
-Wiem, Julia. Ja też się o niego boję. To co chłopaki? Wywalamy drzwi z framugi? – Brendon uśmiechnął się szyderczo i z całych sił zaczął pchać się na drzwi. Po mocnych i silnych pchnięciach drzwi z łoskotem wypadły z zawiasów i wylądowały na ziemi.
Wpadliśmy do pokoju.
-Julia, już wiemy co spadło w nocy. – ostatnie słowa Jona zagłuszył mój krzyk i szloch. Ryan leżał na podłodze nieprzytomny.
komentarze [3]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 71. >> środa, 30 lipica 2008 16:31:37
Wigilijny wieczór nadszedł tak szybko, że nie zdążyłam o nim pomyśleć. Jak zdałam sobie sprawę, że właśnie dziś zaczyna jest najwspanialszy okres w roku, mama zawołała mnie do kuchni bym pomogła pani Anette zanosić potrawy na stół.
Jak w zeszłym roku, krąg utworzyli mężczyźni – Marchel, ojciec Spencera oraz ojciec Brendona. Po jakimś czasie doszedł do nich wokalista, a reszta ćwiczyła kolędy w pokoju brata. Wreszcie, koło 17 mogłam dołączyć i pobrzdąkać z nimi kilka znanych wszystkim bożonarodzeniowych kolęd.
-Możecie już zejść? Wszyscy na was czekamy! – usłyszeliśmy znużony głos Patrycji. Jon i Spencer wypadli na korytarz i ścigając się dobiegli do stołu.
-Chodź, Ryan. Czekają na nas.
-Zaraz zejdę. – odrzekł. Stał plecami do mnie, jednak wyczułam drżenie głosu. Cichutko podeszłam do niego i oparłam się o ścianę tak, by widzieć jego profil.
-Ryan, co się dzieje? Odkąd przyjechałeś jesteś jakiś dziwny…nieobecny.
-Święta to strata czasu. – burknął. – mógłbym teraz pracować i tworzyć. A czekają mnie nudne rodzinne spotkania i sztuczne uśmiechy.
-To są święta! Jesteśmy razem, szczęśliwi…
-Julka. Zrozum. Dla mnie już się to nie liczy. Chcę pracować. Ta trasa…ta trasa dała mi do zrozumienia, że mogę osiągnąć co chcę! Otworzyły się wrota, które zawsze były zamknięte. Powoli czuję, że długo nie pozostaną otwarte, a ja muszę siedzieć i udawać, że jest super. – westchnął i odwrócił się. – Koniec z tym. Idziesz? – wyciągnął rękę. Przez sekundę wpatrywałam się w dłoń, a potem chwyciłam ją niepewnie. Zeszliśmy do salonu, gdzie zgromadzeni przygotowywali się do modlitwy.
Śmiechy i dźwięk sztućców rozniósł się po pomieszczeniu nadając nastrój charakterystyczny dla rodziny pełnej miłości. Każdy siedział z uśmiechem na twarzy i talerzem pełnym smakołyków. Żadna łza, żaden uraz nie wyszedł na wierzch kiedy najbliżsi sobie ludzie zasiedli przy wspólnym stole.
-Oh, Anette pamiętasz jak nasi chłopcy znikali na całe dnie? – usłyszałam rozmowę mamy.
-Pewnie! I pewnego dnia poszłyśmy za nimi, aby wiedzieć gdzie chodzą.
-No i gdzie szli? – odezwał się Adam Smith.
-Do najbliższego sklepu muzycznego, siadali pod drzewem i cały dzień wpatrywali się w wystawę. – roześmiała się Anette.
-Raz nawet zasnęli. – zawtórowała mama.
-Czemu ja o tym nie wiedziałem?
-Byłem z Johnem na rybach. Nie było potrzeby mówić wam o pasji waszych synów. – Anette pogłaskała męża po policzku, a potem dała mu buziaka.
Takie i inne rozmowy rozbrzmiewały podczas posiłku. Kolędy zaśpiewaliśmy szybko i bezbłędnie. W powietrzu unosił się zapach szczęścia. Tylko Ryan siedział samotnie na rogu stołu i dłubał widelcem w talerzu. Nic nie zjadł. Nic nie wypił. Spuszczona głowa sygnalizowała, że brat czuje się gorzej, niż nam się wydawało. Dopiero teraz zauważyłam bladą cerę, ręce wychudzone, a także, że włosy straciły swój codzienny blask. Wyglądał jak człowiek po ciężko przebytej chorobie.
Nikt inny tego nie widzi? Nikt nie widzi jak on się zachowuje, jak marnieje z dnia na dzień?
Muszę z nim o tym porozmawiać.


Dziwne to wszystko, prawda? Mieszkam z Ryanem pod jednym dachem, ale w ciągu 3 dni nie mogłam go spotkać. Dopiero udało mi się to dzisiaj, kiedy zaczęłam myśleć o sylwestrze. W końcu to za 3 dni!
W sumie, nie mam pojęcia dlaczego nie spróbowałam skontaktować się z Ryanem. Całe dnie spędzałam z Jonem patrząc mu w oczy i obserwować jak bawi się moimi włosami i opowiada rzeczy, których przy stole nie wypadało mówić głośno. Czasami roześmiałam się i wyciągałam na spacer po Las Vegas. Wiatr rozwiewał mi włosy, a głos Jona roznosił się w mojej głowie jak fala rozkoszy.
Tak, te dni były najpiękniejszymi od długiego czasu.
-Ryan? – zapytałam zanim nacisnęłam klamkę. Uchyliłam drzwi i wcisnęłam głowę, by zobaczyć brata. Siedział na łóżku nad stertą kartek i miałam wrażenie, że śpi. Po cichu wsunęłam się do pokoju. Podeszłam do laptopa, który stał na biurku. Pierwszą stronę jaką miał włączoną to apteka internetowa. Z ciekawości przeglądałam, co Ryan chciał kupić.
Tabletki uspokajające. To pewnie po tej trasie jest zdenerwowany ilością wiadomości, listów i artykułów w gazetach. Włączyłam drugie okno, gdzie była poczta Ryana. Wiem, nie powinnam przeglądać czyjejś korespondencji, ale musiałam. Musiałam wiedzieć z kim pisze Ryan, nie tylko dla własnej ciekawości.
Dla jego dobra.
Cichy głosik w głowie prawie syknął te słowa. Odpaliłam pierwszego maila. Zawierał szczegóły kolejnego koncertu, który ma się odbyć 5 stycznia. Już? Tak szybko Ryan chce wyruszyć w kolejną trasę?
Przejrzałam kilka kolejnych wiadomości i wszystkie mówiły o tym samym. Koncerty, koncerty i koncerty. Odeszłam od laptopa i usiadłam obok brata. Z zawieszoną głową trzymał kilka kartek w ręku. Delikatnie chciałam je wyciągnąć, ale Ryan się obudził.
-Co tu robisz? – zapytał ostro.
-Chciałam się zapytać, co z sylwestrem, ale zobaczyła…boże, Ryan! Źle się czujesz? – Ryan prawie podskoczył jak usłyszał zmianę w moim głosie. Patrzyłam na niego rozszerzonymi z przerażenia oczami.
Wyglądał jak trup. Autentyczny trup, który żyje. Przyglądał mi się nieobecnym wzrokiem, który tylko potęgował wrażenie pustki w oczach. Zapadnięte policzki zlewały się z wielkimi worami pod oczami. Był zestresowany i przerażony. Przerażony? Ale czym? Nie zwróciłam uwagi na przekrwione oczy ani na trzęsące się dłonie.
-Nic mi nie jest. Trochę jestem…
-Przerażony?
-Przera…co? – spojrzał na mnie zmęczony wzrokiem. Wstał z łóżka i zachwiał się. Na szczęście zdążył się złapać wychudzoną ręką o szafę. Jak porażona podeszłam do niego.
-Kiedy spałeś ostatni raz?
-Nie wiem.
-Kiedy jadłeś ostatni raz?
-Julka, nie wiem. Daj mi spokój. Muszę pracować. – chciał mnie odtrącić, ale zabrakło mu sił. Patrzyłam jak podnosi rękę, ale za chwilę opuszcza ją. Nie mógł dłużej stać. Usiadł przy biurku i zwrócił oczy na laptopa. Ze łzami w oczach patrzyłam jak zmęczony ponownie przenosi się na łóżko i przegląda papiery.
Oczy zaszły mi mgłą. Podeszłam szybkim krokiem do chłopaka i ujęłam jego dłonie.
-Nie możesz tak żyć. – szepnęłam. – Nie możesz przestać funkcjonować. Ryan, zacznij żyć. Ana wróci niedługo. Proszę Cię, wyjdź stąd, bierz chłopaków i idźcie na pizze albo do pubu. Błagam Cię, Ryan! – łzy popłynęły po policzku. Nie mogłam patrzeć jak siedzi ledwo żywy, prawie przezroczysty.
-Uspokój się, Julia. Dobrze, jutro pójdziemy. Teraz chciałbym…się zdrzemnąć. – powiedział słabym głosem i odwrócił wzrok. Wstałam i otarłam oczy.
-Przyniosę Ci coś do jedzenia. Zaczekaj, dam Ci obiad. – wybiegłam z pokoju i popędziłam do kuchni. Ręce trzęsły się niesamowicie.
Mama miała rację, cholera! Coś się stało! Ryan jest chory, jestem sama nie wiem co robić! Dam mu jeść, pójdzie spać, a ja naradzę się z Jonem. Tak, to jest dobry plan.
Z tacą wróciłam do pokoju. Nacisnęłam klamkę.
Ani drgnęła. Spróbowałam znów, ale nic z tego nie wyszło.
Wydałam z siebie zduszony okrzyk i upuściłam tacę.
Zamknął się przed nami! Odciął się od nas. Teraz nie mamy dostępu. Rzuciłam się po telefon i drżącymi rękoma wykręcałam numer Jona.
komentarze [5]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 70. >> poniedziałek, 28 lipica 2008 19:26:22
Tak jak mówiłam, dodaję następny odcinek. I nie informuję nikogo, bo nie ma sensu i nie chce mi się po prostu :)
Następny w środę także w godzinach wieczornych.
Trochę długi...


Słońce wychyliło się zza oszronionych drzew, kiedy dwa samochody sunęły po uśpionym mieście. Nie śpieszyły się. Powoli oddalały się od wysokich budowli zasłaniające błękitne niebo. Cichły codzienne odgłosy wielkiego miasta, a pojawiał się śpiew budzących się do życia ptaków.
Bogate domy ustępowały małym chałupom charakterystycznym dla przedmieścia. Wreszcie, za tabliczką „Las Vegas”, samochody zatrzymały się.

Wysiadłam i poczułam mrozik. Racja, 7 rano i do tego początek grudnia. Mimo delikatnego słońca dreszcz zimna przebiegł mi po plecach. Poczułam jak Jon obejmuje mnie i prowadzi do wielkiego autobusu stojącego przy drodze.
Jeszcze tak ogromnego to nie widziałam. Zawsze oczy robiły mi się jak pięciozłotówki gdy widziała autobus piętrowy, a to…to nawet piętrowego nie przypomina!
Wysokością przewyższał dwupiętrowe co najmniej o jeszcze jedno piętro. Do środka prowadziły małe drzwiczki. Jon lekko popchnął mnie w ich stronę.
-Mam…mam tam wejść?
-Pewnie. Chcę Ci pokazać, jak żyjemy w podróży. – wyszczerzył się Walker.
W środku było ciemno. Jon włączył światła, a moim oczom ukazał się skromna kuchnia z mikrofalą, umywalką, blatem i małym stoliczkiem. Na lewo przymocowane były dwa telewizorki, a przed nimi kanapa, na której rozwalony siedział Zack.
-Dwa w jednym, co? Jedzenie i telewizor? – zaśmiałam się.
-Brendon tak chciał. – wzruszył ramionami Jon. W głębi pojazdu pojawiały się łóżka. Było ich chyba z tuzin. Każde zasłonięte fioletową zasłonką.
-I tak spędzacie całe miesiące w podróży…?
-Oczywiście. Tylko zdajesz sobie sprawę, że ten jest nowy i jeszcze czysty. Nasz stary się zepsuł, więc załatwili nowy.
-Jon…a pamiętasz noc w starym autobusie? – zapytałam cichutko.
-Sylwester, tak? Yhym, spałaś obok mnie i nie potrafiłem skupić uwagi na niczym innym. Czułem tylko Twój oddech.
-To był super dzień… - westchnęłam. Jon przyciągnął mnie do siebie i pocałował. – Będziesz tęsknił?
-Każdego dnia i nocy. Przed i po każdym koncercie. Jednak wrócimy na święta. Będziemy znów razem. – rozpromienił się i złożył pocałunek na mych ustach.
-Wreszcie w domu! Siema, Zack! Co tam chrupiesz? – krzyknął Brendon wpadając do autobusu. Miał na ustach rozbrajający uśmieszek, kiedy oznaczał, że imprezy czas zacząć. –Julka jedziesz z nami?
-Nie, żegnam się z Jonem. – odpowiedziałam przy wyjściu.
-A ze mną też się pożegnasz? – nastawił usta, ale piorunujące spojrzenie Jona zmusiło go do wystawienia jedynie policzka. Roześmiałam się i cmoknęłam wokalistę. Przed wejściem Ana z Ryanem czule żegnali się ze sobą. Podeszłam do nich nieśmiało.
-Kocham Cię, Ana. Będę tęsknił. – usłyszałam.
-Przeszkadzam?
-Julia! Z Tobą się siostrzyczko nie pożegnałem. – Ryan uśmiechnął się i przytulił. Poczułam jego ciepło. Nie chciałam by odjeżdżali.
-Powodzenia na trasie. – szepnęłam mu do ucha.
-Powodzenia w domu, nie płacz, nie smuć się, zamieszkaj z Aną albo niech Ana z Tobą. Bądź z kimś. – odparł i wycisnął mi buziaka na czole. Odpłaciłam się tym samym.
Po 15 minutach ciągłego wzdychania, śmiania się, pożegnalnych ‘Pa!’ i ‘Będę tęsknił!’ autokar ruszył w trasę. W oknie ostatni raz pojawiły się uśmiechnięte twarze chłopców, a potem pojazd rozmył się w porannej mgle.

*****

-Chyba powinnaś już się obudzić, co? Twój chłoptaś wpadnie tu lada chwila, a Ty w piżamie! – siostra zrzuciła mnie z łóżka i patrzyła pogardliwym wzrokiem.
-No dobra…już wstaję. Możesz zejść ze mnie? – oznajmiłam ochrypniętym głosem i zepchnęłam stopę Patrycji, która wbija mi się w żebra.
-Jasne. Pamiętaj! Za godzinę jedziemy po chłopców! – przypomniała mi i zniknęła za drzwiami.
Podniosłam się z podłogi i usiadłam na łóżku. Próbowałam odnaleźć się. Po kilku sekundach uśmiechnęłam się. A więc to już dziś. 22 grudnia. Sobota. Panic wraca z trasy.
Na myśl o uśmiechniętej twarzy Jona, Ryana, Brendona i Spencera poczułam ciepło w środku. Trasa się udała, wiem to. Przez te dwa tygodnie regularnie do mnie dzwonili, wysyłali maile, a gazety rozpisywały się o „cudownym powrocie młodych talentów”.
Ryan zapewne zadowolony z takiego obrotu spraw.
Ubrałam się i zeszłam na śniadanie. Mama z Patrycją ożywione rozprawiały o jutrzejszym szykowaniu. Wigilia zbliża się nieuchronnie, a my praktycznie nic nie przygotowaliśmy.
Dla mnie świętem jest powrót chłopaków. 2 tygodnie były męczarnią. Tęsknota za Jonem owładnęła mnie obsesyjnie, nie byłam w stanie skupić się na czymś innym. Każda chwila z Aną była dla mnie jak łyk świeżego powietrza. Powrót do domu – nudnym zajęciem, któremu musiałam stawać czoła.
Mogłabym zamieszkać u Any przez te 2 tygodnie, owszem. Proponowała mi to nieraz i czasami chciałam chrzanić dobre maniery i wynieść się do niej.
Jednak 2 dni temu przyjechała Patrycja na święta. Zmieniła się zupełnie. Włosy, które chwaliła każdego ranka zmieniły barwę na czarne, a różowe ubrania przybrały odcień żółci i fioletu. Myślałam, że niczym innym mnie nie zaskoczy, ale myliłam się.
Przyjechała z chłopakiem. Z Bartem. Stwierdziła, że chce go pokazać rodzinie. Miły chłopak. Fakt, to model czyli trochę pedałowały, ale widać, że siostra go kocha. Spędziłam z nimi przemiłe 2 dni, a teraz stoję u progu kuchni i biorę sok z lodówki.
-Cześć Julia. Jedz prędko i idziemy po chłopców. Pewnie są strasznie zmęczeni i głodni, więc przygotuję obiad u nas. Pasuje?
-Mamo, zawsze. – wpychałam w siebie ogromny kęs czarnego chleba. Ledwo go przełknęłam i już kazali mi wsiadać do samochodu. Podekscytowana skakałam na siedzeniu.
-No co się tak ekscytujesz? Nie było ich zaledwie 2 tygodnie! – żachnęła się Patrycja.
-Nie wiesz jak to jest, gdy zabierają Ci ulubionych towarzyszy! – dorzuciłam i włączyłam na cały regulator Pretty.Odd.
Siostra waliła w tapicerkę, bym ściszyła. Mama śmiała się w głos, a Bart wpatrywał w okno.
Znów to samo miejsce. Koniec lub początek Las Vegas. Wyskoczyłam z samochodu i zaczęłam krążyć po poboczach. Ręce pociły mi się od samego czekania. Szkoda, że Any ze mną nie ma!
Wyjechała na święta. Wraca dopiero po nowym roku. Ryan pewnie będzie tęsknił…
-Jadą! Jadą! – usłyszałam. Odwróciłam się, ale moim oczom ukazała się tylko pusta droga. Śmiech Patrycji doprowadził mnie do wściekłości. Skoczyłam do niej i mój morderczy wzrok uciszył ją.
Hola, hola! Nie robimy sobie żartów z TAK poważnej sytuacji!
Ruszyłam w stronę najbliższego zakrętu. Przyglądałam się drodze przez kolejne 10 minut, ale żaden samochód nie przejechał. Nie było nawet słychać jak ryczy silnik. Wzruszyłam ramionami i wróciłam do rodziny. No tak, przecież jest gdzieś koło 7 rano w sobotni, przedświąteczny poranek. Mama z Marchelem siedzieli w samochodzie i rozmawiali o czymś ożywieni. Bart i Patrycja poszli w stronę lasu, który majaczył się na tle budzącego nieba. Słońce świeciło już na nieboskłonie, lecz zasłoniły je chmury.
Na policzku poczułam pierwsze, grudniowe krople. Zdążyłam dotrzeć do samochodu, a deszcz rozpadał się na dobre. Kilka minut po mnie do samochodu siedli przemoczeni Bart i siostra.
-Nie ma co, zadzwońmy do Jona, niech powie gdzie są. – Marchel wyciągnął swój telefon i wystukał numer syna. – Jon? Gdzie jesteście? Aha…naprawdę? No dobrze, to wracamy do domu. Okej, rozumiem. Do zobaczenia.
Wszyscy w napięciu czekali na wiadomość, jakiej się dowiedział Marchel, ale mężczyzna zapalił samochód i wyjechał na ulicę prowadzącą powrotem do miasta.
-Zaraz! Co Ty robisz? Mieliśmy na nich czekać! – zwróciłam się do kierowcy.
-Ale nie będziemy. Jon mówi, że jadą okrężną drogą, bo jakaś blokada jest. Więc za godzinę powinni być na miejscu. Tymczasem wrócimy do domu i przygotujemy się na ich przyjazd.
Nic więcej nie powiedziałam. Deszcz zacinał o szyby i nic nie można było dojrzeć. Zanim dojechaliśmy chmury osiadły nad miastem. Wystarczyła droga z samochodu na ganek, a wszyscy szczękali zębami z zimna i zmoknięcia.
Zrzuciłam z siebie przesiąknięte wodą ciuchy i włożyłam świeże. Postanowiłam ubrać się okazyjnie. W końcu trzeba przywitać podróżnych z należytym szacunkiem. Plisowana spódniczka oraz czarny sweterek znalazły się na moim ciele. Zeszłam do kuchni, by pomóc mamie w przygotowaniach.
-Martwisz się czymś, mamo? – zapytałam.
-Wracają do domu…a ja mam dziwne wrażenie, że stało się coś złego.
-Jak to? Co mogłoby się stać? – spojrzałam na rodzicielkę pytającym wzrokiem. Odłożyła ścierkę i przetarła oczy.
-Nie mam pojęcia. W kościach czuję, że nastąpił jakiś przełom, coś czego nie możemy już odwrócić. – rzekła po chwili. Powiedziała to szeptem, który zmroził mi krew w żyłach.
-Mamo! Ty i te Twoje pesymistyczne myśli! Daj spokój, ciesz się, że wreszcie układa się jak trzeba, a nie zamartwiasz się czymś, czego nie ma. – powiedziałam. Mama uśmiechnęła się blado i przyznała mi rację. Wróciłyśmy do zmywania, ale żadna nie odezwała się aż do samego przyjazdu panicznych.
Sama zastanawiałam się nad słowami mamy. No co mogłoby się stać? Chyba tylko to, że trasa się nie uda. Ale to nieprawda. Mama ma złe przeczucia totalnie bezpodstawnie.
-Przyjechali! – pisnęła Patrycja i otworzyła szeroko drzwi. Czemu akurat ona? No cóż, jeśli o to chodzi to nie zmieniła się. Przecież żaden jej jeszcze nie widział w nowych włosach! Taka promocja samej siebie.
Wpadli do pomieszczenia otrzepując krople z pożyczonych parasolek. Odstawili je, a potem zaczęli się witać z nami.
Wtuliłam się w ramiona Jona i nie chciałam go puścić. Delikatnie głaskał i całował mi włosy. Czułam zapach podróży, deszcz i jego nieziemskich perfum. Spojrzałem Jonowi w oczy i złożyłam całusa na ustach.
-Brendon! – krzyknęłam i poczochrałam chłopaka po włosach. – Głosu nie straciłeś?
-Ja? No coś Ty! To byłby nasz koniec! – roześmiał się i objął ramieniem.
Tymczasem Spencer był przedstawiany Bartowi, który troszkę oszołomiony stał u podnóża schodów. Ryan rozmawiał z mamą i miał lekko posępną minę.
-Ryan! Wreszcie jesteście! – rzuciłam się bratu na szyję. Objął mnie mocno.
-Taaak…teraz ciepłe łóżko i domowy obiad jest lekarstwem jakiego mi trzeba. – uśmiechnął się, ale w oczach brak było błysku.
-Tęsknisz? Pewnie chciałbyś, żeby Ana tu była…
-Oczywiście. Miło widzieć wasz uśmiechnięte twarze, ale…no cóż, nie zastąpicie mi Any.
-Yhym. Wróci niedługo i będziesz się mógł nią nacieszyć. – pogłaskałam policzek Ryana. Chciałam o coś zapytać, ale mama zawołała wszystkich na posiłek.
Jak można było przewidzieć chłopcy jedli i pili za trzech. Opowiadali śmieszne historie z podróży oraz jak przebiegały koncerty. Historie przy stole nie miały końca, a za oknem księżyc wyjrzał zza chmur.
-No dobrze! Nikt dziś do domu nie wraca! Śpicie tutaj i już! Zaraz wam dam pościel i poduszki. A teraz posprzątajcie ze stołu. – klasnęła w dłonie mama. Wszyscy zaczęli znosić brudne naczynia do zlewu. Po kilkunastu minutach salon przypominał kolejną sypialnię. Rozłożono sofę, na którą rzucił się Brendon i Spencer. Zaoferowałam Jonowi, żeby spał u mnie. Położyliśmy się w moim małym łóżku.
-Kocham Cię. – wyszeptałam. Nie zdążyłam usłyszeć odpowiedzi Jona. Sen spadł na mnie natychmiast.
komentarze [7]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 69. >> sobota, 26 lipica 2008 18:13:07
Notki będą się pojawiać co dwa dni. Przepraszam, że tak często, ale chciałabym, żeby historia dobiegła końca do 13 sierpnia, bo potem wyjeżdżam i wracam pod koniec wakacji. Długo byście musiały czekać. No więc, tych co czytają poinformowałam już o tej notce. Nie będę informować co dwa dni. Mam nadzieję, że sami będzie tu zaglądać.
Ale pałera zarzuciłam, nie? :P
Miłego.

*****

Informacja, którą przekazał mi Ryan była pobudką z transu. Obudziłam się nie tylko ja, ale również Ana, reszta zespołu, a nawet mama z Marchelem wrócili, by pomóc w przygotowaniach. Organizowanie trasy na szybkiego to był raj dla Brendona. Czuł się jak w niebie organizując wszystko na ostatnią chwilę. Oprócz prób, które trwały prawie cały dzień chłopcy zarywali noce (a może tylko Ryan?) aby być w jak najlepszej kondycji.
-Zrobię wam wiele kanapek na drogę. I Julia skoczy do sklepu po jakieś jedzenie dla was, prawda? – powiedziała mama krzątając się po kuchni. Westchnęłam i udawałam, że nie słyszę. Wróciła dwa dni temu i nasza wolność została chwilowo niedostępna. Nie mogłam wracać, o której chcę, nie mogłam iść spać, o której tylko zapragnę.
Odliczałam dni do wyjazdu…
-Mamo…czemu Julia ma robić za mnie zakupy? Pójdziemy razem, prawda? – Ryan usiadł obok mnie i na jego twarzy także malowało się zmęczenie.
-Pewnie, to jak, zbieramy się? – zerwałam się i mrugnęłam do brata. Zrozumiał o co mi chodzi i wyszliśmy.
Mroźne powietrze uderzyło w moją twarz, ale nie zważając na to zwróciłam się do Ryana.
-A więc? Powiesz mi co robiliście przez ten tydzień zamknięci w salonie?
-Wszystko… - odparł po chwili milczenia. Spojrzałam na niego wymownie i czekałam cierpliwie na dalsze słowa. Na ulicach pozapalały się latarnie i swoim bladym światłem oświetlały nam drogę. Od czasu do czasu jakiś samochód kierował na nas swoje reflektory, a potem mijał i znikał za rogiem. W dole ulicy majaczyły się światła domów i sklepów. Cała okolica wydawała mi się uśpiona, a przecież była dopiero 20 wieczorem.
No billboardzie znajdowała się reklama najnowszego numeru ‘Rolling Stones’, a na okładce uśmiechnięta twarz Wentza.
-Na początku…na początku to nie mogłem z nimi rozmawiać. Każda ich rysa na twarzy była dla mnie obca, napawała mnie jakimś wstrętem…Brendon próbował pogadać na jakiś temat, ale ani ja ani reszta nie mieliśmy ochoty. Po prostu patrzyliśmy na siebie i…tak myślałem, czy im też jest żal? Czemu właściwie wrócili…nie chciałem o to pytać, bałem się, że znów wszystko się spieprzy, a skoro jesteśmy tak blisko celu…
-To Brendon był wieczorem w domu? No wiesz, dzień przed waszym spotkaniem? – zapytałam. Wiedziałam, że mi odpowie. Widziałam w jego oczach pewną zadumę, czas na przemyślenia, a to jest, najlepsza chwila na rozmawianie o takich rzeczach.
-Tak…przyszedł, bo chciał się widzieć z nami. Z Tobą i ze mną. Był jakiś dziwny, taki…taki spokojny, pełen jakiejś skruchy chyba…widziałem, że mu szkoda, powiedziałem, że nie będę Cię budził. Zaczął mnie błagać, żebyśmy porozmawiali, dałem mu jasno do zrozumienia, że teraz nie mam ochoty, zaczął krzyczeć, że się odwracam od niego…uspokoiłem go i obiecałem, że jutro sobie utniemy małą pogawędkę o tym co zrobił. Zgodził się i odjechał do domu. Przez pierwsze chwile myślałem, że jest pijany…ale nawet Bden nie jest na tyle głupi, by prowadzić po pijaku. – roześmiał się. Nie wiem, co było w tym śmiesznego, ale także pokazałam garnitur swoich zębów.
Przez kolejne kilka minut żadne z nas nie wróciło do tematu. Weszliśmy do marketu i zaczęliśmy kupować potrzebne rzeczy. Po stwierdzeniu, że przyda się zarówno papier toaletowy jak i przenośny grill, doszliśmy do wniosku, że można by kupić wszystko.
Tym sposobem ograniczyliśmy się tylko do najpotrzebniejszych rzeczy czyli tabletek nasennych, zupek chińskich, makaronów i mrożonych pizz. Obładowani siatkami opuściliśmy sklep.
-Wiesz, to Jon zaczął na początku rozmawiać. Powiedział, że się pogodziliście. Brendon zaciekawił się i nie wiadomo jak to się stało rozmawialiśmy jak starzy kumple. To było w drugi dzień. Urodziły się marzenia o trasie, która miałaby zrehabilitować fanom naszą nieobecność. Musieliśmy wszystko od nowa planować, całą trasę, wszystkie piosenki, próby i nasze wspólne życie. Oczywiście już pod koniec poniosły mnie wodze fantazji i reszta poczuła, że gadam głupoty.
Dobrze wiedziałam, że te ‘wodze fantazji’ i ‘gadanie głupot’ to są marzenia Ryana, która powróciły do świata żywych.
Znów zaległa cisza. Słychać było tylko tupot naszych stóp i szelest siatek.
-Ryan…? Będziesz znów chciał…chciał dla zespołu jak najlepiej?
-Zawsze chciałem i nigdy to się nie zmieni. Teraz, kiedy przez miesiąc nawet nie spojrzałem na sprawy kapeli muszę nadrobić zaległości. – obdarzył mnie lekkim uśmiechem. Westchnęłam cichutko i odwróciłam wzrok. Spodziewałam się takiej odpowiedzi. Jednak mam wrażenie, że tym razem będzie dobrze, że Ryan się opamięta.
-Wiesz co? – rzekłam po chwili. – Lubię Cię. I nic dla mnie nie znaczy to, że jesteś jakimś patyczakiem. – uderzyłam go lekko w ramię. – Ojej, nie złamałam Ci ręki?
-Nie śmiej się ze mnie!
-Ha! Mam trzecie imię dla Ciebie! George Ryan Wieszak Ross! – krzyknęłam i roześmiałam się.
-Cisza! Ludzie pomyślą, że idę z wariatką! – podbiegł do mnie i zasłonił ręką usta. Tłumiłam w sobie śmiech i próbowałam wyrwać się z objęć brata. Staliśmy jeszcze chwile na ulicy, a potem znów ruszyliśmy do domu, obrzucając się co chwila wyzwiskami.
komentarze [3]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 68. >> środa, 23 lipica 2008 15:00:51
1 grudnia przywitał nas piękną pogodą. Słońce przedzierało się przez gołe gałęzie drzew i spoczywało na twardej od mrozu ziemi. W oczach odbijało się niebieskie niebo nie zmącone żadną chmurką.
Machnięciem ręki pożegnałam Anę i ruszyłam w stronę domu. Szłam drogą mi tak znaną, a jednak nigdy nie zboczyłam z trasy. Nigdy nie zwiedziłam ani jednej ciemnej uliczki Las Vegas. Mieszkam od roku i nigdy nie widziałam meneli i żebraków, który próbowali ratować swoje nędzne życie zaczepiając przechodniów.
Czy Ryan kiedyś zobaczył takich ludzi? Mieszka całe życie tutaj, więc pewnie nie raz natknął się na ludzi tego pokroju. Może kiedyś nawet z nimi rozmawiał?
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w moich oczach Las Vegas jest idealnym miastem, nie widzę tych krzywd, które dzieją się na każdym kroku.
Klapki na oczach i przechodzimy obok problemów innych osób.
Odwróciłam głowę od jednej z biednych ulic i zawróciłam. Pobiegłam w stronę najbliższego przystanku autobusowego. Po kilku minutach usłyszałam znajomy hałas powodowany przez zbliżający się pojazd. Wsiadłam do niego i zwróciłam się do kierowcy.
-Jeden bilet na Tropicana Ave.
-Ulgowy?
-No tak, oczywiście! – prawie wyrwałam bilet kierowcy i zajęłam miejsce na samym końcu autobusu. Obok mnie usiadł chłopak i zaczął przyglądać się mojej spódniczce. W duchu zaczęłam przeklinać, że ją ubrałam. Dla zabicia czasu liczyłam przystanki.
W końcu, po 15 minutach jazdy, przyjemny głos oznajmił, że jesteśmy na miejscu.
Wyskoczyłam na chodnik i przez chwilę wpatrywałam się na przejeżdżające samochody.
Przede mną roztaczał się widok na ogromne lotnisko Mccarran Intl.
Zmieszałam się z tłumem i wkroczyłam do holu. Wokół mnie kręciło się mnóstwo ludzi. Od biznesmenów śpieszących na swój samolot po zagubionych turystów szukających pomocy.
Dokładnie rok temu stałam z walizkami i czekałam aż Ryan przyjedzie po nas. Tak byłam zestresowana, że zobaczę mojego idola.
Od chwili gdy samolot linii Babimost-Las Vegas wylądował minął dokładnie rok. Przez ten czas przewinęło się kilka ważnych osób w moim życiu. Rafał, Klaudia i Mariusz odeszli w zapomnienie.
Właśnie, co u Mariusza? Nie odezwałam się przez tak długi czas.
Jared wślizgnął się oknem w moje życie, kiedy zobaczył, że drzwi zamknięte. Jednak uciekł z niego drzwiami. Znalazł sposób, by je otworzyć. Niestety, zapomniał zamknąć i Jon mógł bez problemu rozsiąść się na kanapie zwanej Sercem. Drzemka, w którą zapadł, tylko raz była przerwana. Serce stało się ulubionym miejscem Jona. Zamknęłam za nim drzwi tak, aby nie mógł wyjść.
Jakie uczucie przez ten czas połączyło mnie i Ryana? Serdeczna przyjaźń, czasami żal i nienawiść, a nawet litość i obojętność.
Mimo wszystko…dzieje się coś dziwnego, jakaś niewidzialna nić powiązała mnie z Ryanem tak mocno, że każda próba zerwania jej wywołuje u mnie bolesne obrazy. Nie mam takiej więzi z Patrycją, mimo że znamy się dłużej.
Czy możliwa jest magia? Magia, taka jak w bajkach, kiedy ludzie łączą się ze sobą telepatycznie? Jesteśmy przykładem takich relacji?
Nigdy Ryanowi nie powiedziałam o tym co widzę kiedy mnie dotyka. Wyśmieje mnie i zaprowadzi do lekarza, a on zapewne podda mnie jakimś badaniom. A jak się okaże, że odskakują one od normy to stanę się królikiem doświadczalnym dla naukowców.
Jezu, Julka, przystopuj.
Ocknęłam się i zobaczyłam grupę Japończyków zmierzającą w moją stronę. Odsunęłam się na bok, a turyści podnieśli swoje aparaty i zaczęli robić zdjęcia wejściu na lotnisko.
Prychnęłam pogardliwie. Wsadziłam ręce i kieszenie płaszcza i ślimaczym krokiem opuściłam budynek. Już nie czekałam na autobus, tylko przeszłam na drugą stronę ulicy do cichej kawiarenki. Zajęła stolik przy oknie i poprosiłam o filiżankę mocnej kawy.
Uprzejma kelnerka postawiła przede mną zamówienie i uśmiechnęła się życzliwie. Odwzajemniłam ten gest i spojrzałam w okno.
Co teraz robią chłopcy? Siedzą zamknięci w salonie, kominek się pali, a oni omawiają szczegóły ponownego zejścia się zespołu? A może ćwiczą piosenki, by wyruszyć w trasę i znów pokazać światu, że istnieją?
Znając Ryana to przygotowuje wywiad do gazety, wybiera fakty, które można powiedzieć, a które pomijać. Reszta kiwa głową i zajmują się strojeniem sprzętów.
Dopiłam kawę i podeszłam do lady. Stałam tam uśmiechnięta kelnerka.
-Ile za kawę?
-2 dolary. – powiedziała wciąż się uśmiechając. Rzuciłam pieniądze na blat i wyszłam z kawiarni. Wiatr był silniejszy niż wcześniej. Nałożyłam na głowę kaptur, a do uszu włożyłam słuchawki. Pretty.Odd. wypełniło mnie i powoli ruszyłam do domu.
Oczekiwanie pełne napięcia na jakąkolwiek informację od panicznych, zaczęło ulegać irytacji. Żaden z nich nie wyjdzie powiedzieć co się dzieje, co teraz robią.
Mogliby chociaż zadzwonić.
Zza rogu wyłonił się nasz dom. Westchnęłam i zaczęłam szukać kluczy. Zamek w drzwiach lekko trzasnął i dom stał otworem. Rzuciłam torbę i skierowałam się na schody.
-Julia? – usłyszałam cichy szept Ryana. Siedział w kuchni uśmiechnięty od ucha do ucha.
-Słucham?
-Już jest dobrze. Zespół powrócił do żywych. Za tydzień wyruszamy w trasę. – wyszczerzył się, a ja nie kryjąc radości rzuciłam się bratu na szyję.
komentarze [8]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 67. >> poniedziałek, 14 lipica 2008 22:05:46
Widok szkoły napawał mnie lękiem i obrzydzeniem. Sama nie wiem czemu, ale od pewnego momentu nie cierpię jej. W domu czułam się bezpieczna. Otaczały mnie wspomnienia, myśli, miałam Ryana i razem się wspieraliśmy.
Tutaj, jestem obdarta z otoczki bezpieczeństwa. Wchodzę naga, bez marzeń i wychodzę z miną nękanej nastolatki.
Westchnęłam i przekroczyłam próg. Codzienny hałas wypełnił mi uszy. Przebiegałam wzrokiem po twarzach szukając tej jedynej, wytęsknionej twarzy.
-Ana! – krzyknęłam, gdy ujrzałam przyjaciółkę na końcu korytarza. Uśmiechnęła się promiennie.
-Cieszę się, że Cię widzę! Jak tam samopoczucie?
-Coraz lepiej! Z Jonem zaczynamy wszystko od początku. To znaczy, staramy się sobie zaufać. Razem z Ryanem zamykają się cały czas w pokoju. Mam nadzieję, że teraz wszystko będzie szło lepiej.
-No to super! Ryan też zauważył zmianę. Ożył, zaczął rozmawiać o przyszłości i zrobił nawet listę, co musi zrobić jak zespół się pogodzi! – roześmiała się.
-A więc…więc Ryan jest pewny, że się pogodzą?
-Pewnie, że tak. A Ty nie? – pytanie padło tak niespodziewanie, że nie wiedziałam co odpowiedzieć. Zmieszałam się i spuściłam wzrok.
-Nie to, że nie wierzę…tylko nie chcę, by potem było, że tak się napaliliśmy, a nici z tego.
-Ej, tak na bank nie będzie. Dziś Ryan do mnie dzwonił i powiedział, że Brendon przyjechał.
-Brendon? Brendon Urie? – zatrzymałam się. Drzwi od klasy były otwarte, a nauczycielka zapraszała gestem wszystkich do środka. Ana uśmiechnęła się delikatnie i zniknęła w klasie. Z miną głupka wpatrywałam się w miejsce gdzie przed chwilą stała.
To Brendon był wieczorem u nas w domu? Ryan musiał się zdziwić jak go zobaczył, to pewnie dlatego te podniesione głosy, a potem szept.
Domyślam się, że Brendon nie chciał abym wiedziała o tym, że przyjechał.
-Julia, a Ty nie wchodzisz? – usłyszałam głos belfra.
-Ja? Oh, tak, tak. – pośpiesznie weszłam do klasy i zajęłam miejsce obok Any.
Wiedziałam, że pojawienie się wokalisty teraz nie da mi spokoju.
Gdy tylko wybiegłam ze szkoły, otuliłam się płaszczem i szybkim krokiem ruszyłam do domu. Po drodze wyciągnęłam telefon i wykręciłam numer Jona.
-Cześć! Z tej strony Jon Walker. Teraz nie mogę rozmawiać, pewnie ważą się losy moje życie, więc po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość.
-Cholerna poczta głosowa. – zaklęłam i puściłam się biegiem do domu.

-Jestem! – krzyknęłam i rzuciłam torbę. –Ryan! Gdzie jesteś?!
Odpowiedziała mi głucha cisza. Zajrzałam do kuchni, lecz nie było tam niczego oprócz wielkiego kubka niedopitej kawy i złożonej gazety.
Drzwi od salonu były zamknięte.
Ponownie nacisnęłam na klamkę. Ani drgnęła. Może się zacięły?
Spróbowałam jeszcze raz. Nic.
Po kilku sekundach usłyszałam kroki w salonie. Czekałam aż Ryan wreszcie otworzy i będę mogła zadać mu pytania.
-Julia, nie przeszkadzaj teraz. Pracujemy z chłopakami. – rzekł ukazując tylko twarz. Wydawało mi się, że ta scena już była. Pracują?
-Pra…pracujecie? Wszyscy? We czwórkę? Nad zespołem?
-Tak, nad zespołem. – brat pokazał swoje zęby w szerokim uśmiechu. – Super, nie?
-Jasne. To ja wam nie przeszkadzam. – bąknęłam i pognałam do siebie. Gdy usiadłam przy biurku, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Ręce trzęsły się, serce podskoczyło do gardła, a usta wykrzywiły się w wielki uśmiech. Po chwili wskoczyłam na łóżko i roześmiałam się. Zaczęłam się śmiać jakby brakowało mi tego do życia, zaczęłam się śmiać mając nadzieję, że da mi to tyle radości co kiedyś.
Tak, tak, tak! Wreszcie dali sobie szansę na wyjaśnienie pewnych spraw! Nie potrafiłam ukryć swojego zadowolenia. Chwyciłam telefon i wykręciłam numer przyjaciółki.
-Ana! Ana! Nie zgadniesz! Chłopaki siedzą w salonie i gadają! RAZEM! I chcą odbudować zespół!
-No coś Ty? Na serio?!
-Tak, tak! Jak się cieszę! Chyba zrobię im kanapki i sok, żeby lepiej im się pracowało. Pójdziemy gdzieś się przejść? – zapytałam.
-Julka, przecież jutro praca klasowa z matmy! – przypomniała mi przyjaciółka. Uśmiech powoli schodził mi z twarzy.
-Co…? To już jutro..?
-Niestety. Jak będziesz dawać chłopcom jedzenie, powiedź Ryanowi, że go kocham, dobrze? – rzekła po chwili. Zapewniłam, że tak zrobię i wyłączyłam się.
W kuchni znalazłam kilka bułek, chleb, masło oraz różnego rodzaju szynki i warzywa. Widać, że Ryan zrobił dzisiaj duże zakupy. Przygotowałam dla muzyków posiłek i położyłam pod drzwiami. Z kieszeni wyciągnęłam kartkę i długopis, który zabrałam z pokoju zanim wyszłam. Nabazgrałam kilka słów:
Miłego dnia, chłopcy! Będę wam robić posiłki, jak macie na to ochotę. Ryan, Ana przesyła buziaki i mówi, że Cię kocha.
Kocham Cię, Jon.
Powodzenia.

Radośnie podniecona wybiegłam z domu i udałam się na długo spacer.
-Jutro rano dowiem się jak poszły rozmowy. – rzekłam i ruszyłam w kierunku centrum.

Jednak ani rano ani wieczorem niczego się nie dowiedziałam. Panic zamknęli się w salonie i wychodzili tylko, by załatwić swoje potrzeby. Nawet do domu nie wracali, a więc wszyscy spali w salonie albo w ogóle nie spali. Nie udało mi się trafić na żadnego z panicznych oprócz krótkiego spojrzenia Jona, kiedy znikał w drzwiach salonu.
Razem z Aną próbowałyśmy się jakoś dostać do pomieszczenia, ale bez skutku. Śniadania im smakowały, porozumiewali się z nami na kartkach, na których czasami były ich życzenia.
-No to już przesada! Co to ja ich kucharka jestem?! – zdenerwowałam się trzeciego dnia, kiedy zażyczyli sobie piersi z kurczaka i bekonu. Wykorzystują mnie. Wściekłam na nich co zaowocowało suchym chlebem i solą, którą podstawiłam pod drzwi.
Do wieczora nic się nie wydarzyło. Próbowałam skupić się na lekcjach i nauczyć się czegokolwiek do szkoły, ale wciąż myślami byłam na samym dole. Kiedy wreszcie wyjdą i powiedzą co postanowili? Przecież siedzą tam od 5 dni…
komentarze [9]

"Marzenia nie zawsze się spełniają" part 66. >> czwartek, 10 lipica 2008 15:48:05
No to jak? Zaczynamy.

Podniosłam powoli powieki. Ujrzałam biały sufit.
Gdzie ja jestem?
Uniosłam głowę i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Biurko, szafa, plakaty i kolekcja płyt. No tak, to mój pokój.
Tylko jak ja się tu znalazłam?
Zaczęłam sobie przypominać ostatnie momenty zanim się znalazłam w domu. Rozmowa z Ryanem przed klubem, jego dotyk i upadek. Pamiętam tylko czyjś głos wołający z oddali. To nie był Ryan ani Ana.
-No super, zemdlałam. Dlaczego? Cholera… - mruknęłam i sięgnęłam po zegarek. 5 minut po północy. Wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Rozczochrane włosy i rozmazane oczy.
Właściwie…to dlaczego zemdlałam? Chyba przez to dziwne uczucie, które poczułam jak Ryan mnie dotknął. Co to było? Jego myśli dotarły do mnie z taką siłą, że nie mogłam ustać na nogach.
Na nadgarstku widniał bandaż.
Odwiązałam go i moim oczom ukazały się głębokie rany.
Co się ze mną dzieje? Co ja robię ze swoim życiem?
Patrzyłam na swoje odbicie, na swoje smutne, wiecznie podpuchnięte oczy i matową twarz. Żadnych emocji, żadnych uczuć. Nic.
Przetarłam zmarszczone czoło. Kto mnie wołał zanim straciłam przytomność? Nie potrafię sobie przypomnieć tego głosu.
Po 20 minutach zeszłam do salonu. Przed drzwiami się zatrzymałam. Kominek się palił i rozmawiały dwie osoby. Były to 2 męskie głosy. Czyżby Marchel z Ryanem?
-Cześć. – szepnęłam i oparłam się o ścianę. Przy kominku siedział Ryan i wpatrywał się w płomienie. Czekałam aż spojrzy w moją stronę. Chyba nie usłyszeli jak wchodzę. Osoba, która siedziała w fotelu zamilkła.
Chrząknęłam.
Brat odwrócił głowę i natychmiast podniósł się z ziemi. Nie zdążyłam zarejestrować jego ruchów, były zbyt szybkie.
-Jak się czujesz? Nic Ci nie jest? – objął mnie ramieniem i patrzył mi w oczy. Nie chciałam, żeby mnie dotykał. Ostatnio źle się to skończyło.
-Nic…już dobrze.
-Co się stało? Źle się poczułaś? Mówiłaś coś o moich myślach, o straconych marzeniach…
-Ja… - spojrzałam na Ryana. – Ja coś mówiłam? Nic nie pamiętam…
-Jon też słyszał, ale dobrze, że nic Ci nie jest. Idę zadzwonić do Any, pewnie umiera ze strachu. – pocałował mnie w policzek i wyszedł z pokoju.
Zaraz, zaraz? Jon?
Otwierałam usta, by krzyknąć za Ryanem, ale…
Zatrzymałam się. Poczułam czyjś oddech za sobą. Z zamkniętymi oczami odwracałam się.
Tak jak myślałam. Jon.
Wciągnęłam powietrze w płuca. Jego widok wciąż wyciskał mi łzy z oczu. Próbowałam się uśmiechnąć, ale moje usta odmówiły mi posłuszeństwa.
Spuściłam wzrok i wpatrzyłam się w swoje bose stopy.
-Julia… - szepnął Jon i podszedł do mnie. Czułam jego oddech przy swojej twarzy.
Bałam się na niego spojrzeć.
Bałam się tego co ma nastąpić.
Nie chcę by oglądał moje łzy.
-Julia….- powtórzył – tak się bałem o Ciebie…
Chciał mnie objąć. Stałam w miejscu i nie mogłam się ruszyć. Od tak dawna czekałam na ten dzień, a teraz…teraz pragnę tylko, by Jon wyszedł z tego domu.
-Dlaczego to robisz? – zapytałam. Ciszę zakłócało jedynie trzaskanie ognia w kominku.
-A dlaczego Ty TO robisz? – odpowiedział i wskazał ręką mój zabandażowany nadgarstek. Przez chwilę zawiesiłam wzrok na ręce. Nie było sensu udawać, że nie wiem o czym mówi. Nie było sensu kłamać mu w tej chwili.
-Daję upust swoim emocjom. – szepnęłam po chwili namysłu. Mój głos zmieszał się z wesołym trzaskaniem ognia. W pierwszej sekundzie byłam pewna, że Jon nie usłyszał mojej odpowiedzi.
-Emocjom? A nie możesz tego robić…w inny sposób? Na przykład…porozmawiać z przyjacielem? – odrzekł.
-Z przyjacielem? – powtórzyłam jak echo. Mój wzrok teraz dokładnie oplatał twarz Jona. Była taka piękna, czysta i świeża. Tylko ten cień niepewności i skruchy czający się w oczach nie pasował do obrazka. – Z Aną? Miałabym jej zrzucić wszystko na barki? Innych przyjaciół nie mam, przecież o tym wiesz.
Poczułam łzy pod powiekami. Ta rozmowa kosztuje mnie za dużo. Niech sobie wreszcie pójdzie!
Próbowałam zahamować płynące łzy. Gorące krople torowały sobie drogę na moich policzkach. Jon powoli zbliżał się do mnie i delikatnie otarł łzy.
-Możesz już iść. Do Cassie. – rzekłam. Ostatnie słowa wyrwały mi się mimowolnie. Speszona odwróciłam wzrok.
-Nie mam Cassie i nigdy jej nie miałem.
-Więc…po co mi to powiedziałeś. – spojrzałam w jego oczy. Były takie spokojne.
-Chciałem Ci zrobić przykrość. – odparł. Zebrała się we mnie złość. Miałam ochotę wykrzyczeć Jonowi, że i tak dużo zmartwień mam. Przez zespół, przez niego. To przez niego mam kilka nowych ran na ręce. To jego chore wyrzuty do Brendona doprowadziły Ryana do stanu nieużywalności, a mnie do wegetacji. Co więcej mogło mi sprawić przykrość?
Chciałam powiedzieć mu wszystko co od kilku dni dusiło mnie od środka.
Jednak mnie wyprzedził.
-Cii…nic nie mów… - wypowiedział bezdźwięcznie i złożył na mych ustach pocałunek. Jego wargi były takie miękkie i ciepłe. Niewidoczny uśmiech zagościł na mojej twarzy. Poddałam się pocałunkowi i oboje pogrążyliśmy się w niebycie.
Oplotłam szyję Jona rękoma i nie potrafiłam puścić. Czułam jak jego dłonie zanurzają się w moich włosach.
Tak tęskniłam za tym uczuciem!
Spojrzałam w te brązowe oczy. Odbijała się w nich moja twarz.
-Jon…? Nie zostawiaj mnie już nigdy na tak długo… - łzy popłynęły po policzkach.
-Nigdy. – otarł krople, a potem przytulił do siebie. – Nigdy tego nie zrobię. Nie stracę Cię ponownie. Proszę, wybacz mi. Byłem głupi, że uwierzyłam w to, co zobaczyłem. Tak bardzo Cię kocham, że bałem się straty…
-Też Cię kocham! – szepnęłam do ucha i pocałowałam.


Czyżby słońce zawitało nad światem?
Wczoraj wieczorem kiedy leżałam w łóżku i wpatrywałam się w gwiazdy za oknem, usłyszałam podniesione głosy na korytarzu. Po kilku głośnych zdaniach wszystko ucichło. Drzwi wejściowe zostały zamknięte, a kroki na schodach były szybkie i stanowcze.
Chciałam wstać i zobaczyć co się stało, ale powieki były tak ciężkie…
komentarze [8]


Georgia. xHTML 1.0. Szablon? Zespół Panic! At the disco.

Panic! At The Disco